| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze

Be a book trader at BookMooch.com
Kategorie: Wszystkie | Bookstore | MITy | Past Perfect, Perfect Past | ludzie | nosing around | to tu, to tam
RSS
sobota, 25 listopada 2006
Po święcie Dziękczynienia

 

 

To święto, które jednoczy przy rodzinnych stołach, przy nadziewanym indyku, żurawinowym sosie, słodkich ziemniakach i placku z dyni wszystkich, jak Ameryka długa i szeroka, niezależnie od wyznania, rasy i narodowości, to swięto, spędzane w domu, gdy na zewnątrz wszystkie liscie opadły już z drzew (hmmm... może nie jak Ameryka długa i szeroka), a rodzina siedzi przy ogniu wesoło trzaskającym w kominku, jest wyjątkowo przyjemne i łatwe do zaakceptowania, nawet dla świeżych imigrantow.  święto Dziękczynienia w Nowej Anglii wydaje się mieć większą wagę niż gdziekolwiek indziej, tutaj przecież się narodziło i tutaj, w 1621 roku, w Plymouth, Massachusetts, po raz pierwszy zjedzono swiątecznego indyka.

Ale, czy aby na pewno był to indyk? Dwa jedyne źródła różnią się w tej kwestii. List, który Edward Winslow, jeden z pielgrzymów, napisał 11 grudnia tegoż roku (włączony potem do jego dziennika "Journal of the Pilgrims at Plymouth"), nie mówi nic o indykach, a tylko o "ptactwie" i pięciu sarnach. Dzikie indyki zauważyło co prawda w okolicy wielu przybyszy (przy okazji - my widzieliśmy dotychczas dopiero jednego, daleko na północ w lasach White Mountains), a Winslow nigdy o nich nie pisze, za to opisuje jedzenie "tłustych żurawi", co jest oczywistą pomyłką, bo żurawi, ptaków wędrownych, praktycznie nie ma tutaj tak późną jesienią, poza tym rzadko bywają one tłuste. Prawdopodobne jest, że Winslow wziął indyka za żurawia i rowniez prawdopodobne, że indyk jednak był jednym z dań pierwszego święta Dziękczynienia. William Bradford, gubernator kolonii, w swojej Historii pisze o indykach, ale pisze też o trzydniowym pikniku dla stu pięćdziesięciu osób, który w rzeczywistości raczej nie mógł się odbyć w końcu listopada w zimnej, wietrznej pogodzie Nowej Anglii. Poza tym, pisał on to świadectwo niemal dwadzieścia lat później, niekoniecznie pamietając wszystkie szczegóły. 

Tak czy inaczej - jeśli indyk pojawił się na stołach w listopadzie 1621 roku, był to dziki indyk, zupełnie inny od tego udomowionego w Europie ptaka, którego kupujemy dzisiaj w supermarkecie, oskubanego, wybebeszonego, często zamrożonego i z czerwonym termometrem wbitym w udo, aby przyrządzić kolację. Trochę to ironiczne. Miejmy jednak nadzieję, że kolacja smakuje co najmniej tak samo, jak głodnym pielgrzymom. Niezależnie od tego, za co i komu tak naprawde dziękujemy. A wczoraj, gdy już napisałam ten tekst, wybraliśmy się znowu w gory (a raczej pagórki - Barnett Mountain) i spotkaliśmy cale stadko - chyba sześć - dzikich indyków w lesie. Wyglądały zupełnie tak, jak na obrazku. Miłe ukoronowanie święta, indyk nie tylko na stole.

niedziela, 04 czerwca 2006
Skąd się wziął dzisiejszy bostoński styl życia? cz. II

Cd.

Dla odmiany, niektorzy purytanie, zwłaszcza wśród pierwszych osadników, uważali (interpretując doktrynę korzystnie dla siebie), że jeśli udało im się, broniąc swojej wiary, dotrzeć do wybrzeży nowego lądu i tam się zadomowić bez tragedii, to właśnie znaczy, że są oni tymi wybranymi. To przeświadczenie dawało im siły do pracy, energię i utwierdzało w wierze? Przydało się ono pierwszym pielgrzymom, gdy ich statek, Mayflower, zawinął do portu na Cape Cod w listopadzie 1620 roku i ujrzeli nagie, piaszczyste wydmy, gdzie musieli przeżyć, mając bardzo ograniczone zapasy, a w perspektywie srogą w Nowej Anglii zimę (opisy ich desperacji znajdują się w "Historii Plantacji Plymouth" autorstwa Williama Bradforda, ich przywódcy). Nowa Anglia była krainą dla wybranych nie dlatego, że była faworyzowana przez Boga sama w sobie (nic na to nie wskazywało w jej odstręczającym wtedy, na pierwszy rzut oka, krajobrazie i klimacie), ale dlatego, że została przez niego wybrana na dom dla ludu wybranego, czyli pielgrzymów.

Takie, wydawać by się mogło, wspaniałe przeświadczenie o własnej wyjątkowości było potrzebne, aby dać tym wyjatkowym ludziom wolę przetrwania w nowych, nieznanych warunkach, a co więcej stworzenia w tej dziczy cywilizacji (jak widać, są to podwaliny trwałej, amerykańskiej filozofii życiowej, trwającej do dziś). Początkowo nawet podkreślane były raczej obowiązki wynikające z faktu bycia tymi wybranymi. Przywileje były mniej oczywiste, z czasem jednak proporcje się odwróciły - gdy warunki, dzięki pracy poprzednich pokoleń, stawały się coraz lepsze, a presja mniejsza, obowiązki były mniej oczywiste, a poczucie wyjątkowości pozostało. Przekonanie o stworzeniu do innych celów i innej, lepszej przyszłości niż reszta śmiertelników jest bardzo widoczne i przewija się bezustannie w amerykańskiej literaturze, gdzie jest wykorzystywane (wdzięczny temat, prawda?) na różnorakie sposoby, widać je w "Kapitanie Ahabie" Melville'a, w "Pieśni o sobie" Whitmana, a zupełnie inaczej potraktowane jest w budowie postaci Isabelle Archer w "Portrecie Damy" Jamesa. To poczucie bezpośredniego, osobistego związku z Bogiem pozwala spojrzeć na próżność na przykład pod zupełnie innym, niż konwencjonalny, kątem.

Oczywiście (i niestety) siła woli nie jest najmocniejszą stroną Homo sapiens jako gatunku; nie inaczej było tutaj - nie mogła ona podtrzymywać zbyt długo tak intensywnej, mistycznej doktryny religijnej, która w dodatku była wyjątkowo subiektywna. Doszło do nieuchronnego kryzysu, w którym pierwszorzędną rolę odegrały procesy czarownic w Salem (wtedy, w 1692 roku, dość daleko na północ; teraz można miasteczko Salem w zasadzie nazwać przedmieściem Bostonu). Palenie czarownic odbywało się najczęściej nie na podstawie jakichkolwiek obiektywnych dowodów (jakich?), a właśnie subiektywnego przeświadczenia o nieomylności wybranych (znamy, znamy z Europy). Kryzys ten doprowadził na początku XVIII wieku do stopniowego podziału purytanizmu w Nowej Anglii na frakcje ortodoksyjną i liberalną. Ta pierwsza, reprezentowana przez Jonathana Edwardsa i Wielkie Przebudzenie, kontynuowała coraz dalej drogę w kierunku mistyki, bedąc ewangelicznym, szerzącym się głównie na prowincji ruchem z częstymi, spektakularnymi i gwałtownymi nawróceniami grzeszników. Trend liberalny, który rozwinął się w unitarianizm (nadal zresztą dość licznie reprezentowany w okolicy, sądząc po liczbie kościołów tego wyznania) był raczej bostońską opozycją do tego, co działo się we wschodnim Massachusetts.

Bo Boston stał się miastem zamożnym i wyrafinowanym, którego powodzenie materialne i kulturalne zależało w dużej mierze od handlu transatlantyckiego z Europą, a religijność okazywana w sposób prowincjonalny raziła. Dlatego Boston powoli zdystansował się od nurtu ortodoksyjnego purytanizmu i zdefiniowane zostały racjonalne zasady nowej postawy religijnej (czy to nie przeczyło idei religii? Dla niektórych, jak się okazuje, nie do końca, choć był to wielki krok ku sekularyzacji i początek współczesnych poglądów, uważanych za sedno amerykańskiego stylu życia). Miejsce ortodoksyjnego, tradycyjnego, uduchowionego mistycyzmu zajeły obiektywne zasady etyczne. Krótko mówiąc, zbawienie zależało od dobrego prowadzenia sią w zyciu doczesnym, nie od samej wiary czy uczucia jej objawienia, ale od rzetelnej pracy i dobrych uczynków, czyli cnoty w rozumieniu szerokim. Jak widać, dość szybko zmieniło się wiele. Moim zdaniem na lepsze, a przynajmniej przynoszące lepsze efekty; w początkach XIX wieku wszystkie (oprócz jednej) kongregacje oraz Harvard Divinity School stały się unitariańskie; Boston rozwinął religijne społeczeństwo, które było praktyczne i trzeźwo myślące, acz pozbawione religijnego ferworu i uczuciowej dynamiki, a także konkretnej doktryny religijnej. Wykształciła się też liczna klasa średnia o zupełnie nowych potrzebach.

Cdn.
sobota, 03 czerwca 2006
Skąd się wziął dzisiejszy bostoński styl życia?

Boston jest historycznie miastem purytan, którymi byli przecież jego oryginalni mieszkańcy, pielgrzymi przybyli do Massachusetts Bay w XVII wieku. Z tego powodu jego kultura była zawsze nierozerwalnie związana z religią i jej zmianami w historii miasta, przechodząc przed Wojną Secesyjną trzy fazy, z których każda stworzyła swoją własną literaturę i mitologię.

Pierwsza, purytańska faza trwała od założenia miasta około roku 1630 mniej więcej do połowy osiemnastego wieku. Po niej nastąpił okres mniej intensywnego, bardziej liberalnego purytanizmu, który z biegiem osiemnastego stulecia przeobraził się w Unitarianizm, kładący nacisk na wyrabianie cnoty, lecz niemal kompletnie pozbawiony doktryny. Unitarianizm z kolei rozwinął się w bardzo ożywiony duchowo (prawie tak, jak purytanizm) ruch, lecz jednoczesnie, jak Unitarianizm, bez doktryny, zwany transcendentalizmem. Ta faza osiągnęła apogeum w latach 40. i 50. XIX wieku.

Doktryną purytańską, która miała największy wpływ na kulturę, była teoria o predestynacji i wybrańcach Boga, z grubsza głosząca, że konsekwencją grzechu pierworodnego jest skazanie ludzkości na piekło, brak możliwości odkupienia, jednak Bóg w swoim miłosierdziu wyznaczył pewne osoby (wybranych właśnie), które zostaną zbawione i nie podlegają tej generalnej klątwie. Wybór boski nie podlega zmianie, więc nie można w ciągu ziemskiego życia zrobić nic, co uchroniłoby od piekła. Trudność przedstawiało dowiedzenie się, czy należy się do wybranych, czy nie (no, bo warto w końcu wiedzieć, czy jest sens robić cokolwiek sensownego na tym padole i potem wspominać w niebie swoje dobre uczynki, czy można już teraz pogrążyć się w rozpuście, bo i tak nie ma dla nas ratunku). Najpewniejszym na to sposobem bylo przeżyć moment objawienia, nagłą iluminację, rozwiewającą wszelkie wątpliwości i potwierdzającą rez na zawsze, że jesteśmy wybrani (komplikowały to fałszywe objawienia, dość podobno częste). Należało więc bezustannie prowadzić dialog z Bogiem, być jak najbliżej niego, co powodowało mękę izolacji, samoudręczenia, niepewność i ciągłą kontrolę zakamarków własnej duszy, widoczne w tematyce np. Hawthorne`a czy Emily Dickinson.

Cdn.

(głównie za R. D. Gooderem, wstęp do "Bostończyków" Jamesa, wyd. Oxford World Classics).