| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze

Be a book trader at BookMooch.com
czwartek, 27 listopada 2008
Na obrzeżach nauki

Nowy serial telewizji Fox, „Fringe“, zasługuje bez wątpienia na notkę w tym, karygodnie zaniedbanym (jak najszybciej postaram sie napisać coś o wyborach prezydenckich, bo trzeba), blogu. Łatwo zgadnąć, że powodem jest Boston, który jest głównym miejscem akcji i świetnie się sprawdza w tej roli. I bardzo dobrze można go poznać w czasie oglądania, bo różne miejsca, gdzie toczy się akcja, są bardzo wyraźnie... podpisane.

Producentem serialu jest J. J. Abrams, który robi sobie przerwę od „Lost“, tym razem tworząc coś na pograniczu fantastyki naukowej i kryminału, co powinno odpowiadać wielbicielom „Archiwum X“ i „Milenium“ (chociaż ja twierdzę, że „Milenium“ nic nie dorówna). Odcinki zwykle rozpoczyna zagadka kryminalna, która szybko okazuje się nierozwiązywalna zwykłymi, chociaż przecież bardzo zaawansowanymi, metodami policyjnymi. Główną bohaterką jest Olivia Dunham (gra ją wyglądająca jak elf z „Władcy Pierścieni“ Anna Torv), agentka FBI, wplątana w sieć tajemniczych wydarzeń dzięki swojej nadzwyczajnej spostrzegawczości. Nie jest ona ani sceptykiem (jak Scully) ani zwolenniczką tłumaczenia dziwnych zjawisk pozaziemskimi wpływami (jak Mulder). Jest po prostu zdolną agentką, która chce dobrze wykonywać swoja pracę. Komplikuje to nieco fakt. ze w odcinku-pilocie ginie jej kochanek, również agent, John Scott, który w dodatku okazuje się być odpowiedzialny za śmierć wszystkich pasażerów samolotu pasażerskiego, od której to tragedii rozpoczyna sie serial (Fox emituje go od września). Nawiasem mówiąc, z tegoż pilota dowiedziałam się, że lotnisko Logan w Bostonie jest jedynym, które ma technologię pozwalającą bezpiecznie sprowadzić na ziemię samolot bez udziału czlowieka, wyłącznie na autopilocie…

 

Wracając do filmu – Olivia potrzebuje pomocy naukowej, rekrutuje więc Waltera Bishopa, od siedemnastu lat przebywającego w zakładzie dla umysłowo chorych. Walter (John Noble), szalony naukowiec, który w latach świetności pracował nad najbardziej zaawansowanymi projektami dla rządu, zostaje zwolniony ze szpitala, bo jego syn, Peter (Joshua Jackson) ma być gwarantem bezpieczeństwa. Dostają oni laboratorium w Harvardzie (fajnie, co?). Okazuje się, że Walter jest w stanie wytłumaczyć naukowo niemal każdy tajemniczy wypadek, co więcej, nad większością czynników sprawczych już kiedyś pracował. To on odgrywa tu rolę sceptyka-materialisty.

 

Każdy odcinek to odrębna zagadka, ale z wydarzeń wyłania sie Wzór, dotarcie do którego sedna jest celem przewodnim FBI we „Fringe“. Dotychczasowe odcinki były intrygujące, jak w „Archiwum X“, na ogół pozostawiają pole dla wyobrazni, pomimo, że oferują czastkowe rozwiazania problemów. Wielka tajemnica jednak caly czas istnieje… Jaka jest rola korporacji Massive Dynamics we Wzorze? Kim jest bezwłosy osobnik o dziwnych upodobaniach kulinarnych, zwany Obserwatorem, pojawiajacy się w każdym odcinku?

Serdecznie polecam, ostrzegając jednocześnie, że poziom absurdu jest wysoki. Pierwsza seria przeszła test oglądalności, więc można mieć nadzieję na więcej. A tutaj oficjalna strona: http://www.fox.com/fringe/
wtorek, 22 sierpnia 2006
Bezkrwawe łowy, czyli współczesne statki wielorybnicze
Sezon na wieloryby trwa!Teraz właśnie warto wybrać się na Whale Watching, wycieczkę statkiem organizowaną w celu oglądania wielorybów. W Bostonie i okolicy jest takich wycieczek zatrzęsienie, jest w czym wybierać. My zdecydowaliśmy się na wycieczkę organizowaną przez Seven Seas z Gloucester - około godziny na północ od Bostonu. Głównie dlatego, że współpracują oni z The New England Whale Center, naukowym instytutem zajmującym się wylącznie wielorybami. Wycieczki są pół-dniowe, czyli w praktyce trwają około czterech godzin. ogonZ Gloucester albo z innego miejsca na Cape Ann można oglądać wieloryby, płynac statkiem na jedną z dwóch pobliskich płycizn (Stellwagen Bank albo Jeffrey's Ledge), które są idealnymi miejscami do żerowania tych ssaków. W tym roku jest tam dużo ryb ławicowych (np. śledzi) i planktonu, które wieloryby lubią, więc samych wielorybów też jest wiele. Na jesieni przepływają one na południe, aby na Karaibach rozmnażać się (prawie zupełnie nie przyjmując więcej pokarmu) i wrócić w następnym roku z potomstwem. Dopisała zarówno pogoda, jak i wieloryby. Widzieliśmy ponad dwadzieścia humbaków, na ogół w grupach po trzy (matka, młode i asysta), kilka finwali i minke whales (opisy poszczególnych gatunków są na stronie NYWC, zresztą strona ta obfituje w rzetelne wiadomości o wielorybach). Niestety, nie było delfinów, za to kilka fok upodobało sobie nasz statek i ciekawie ogladało wycieczkowiczów. Komentująca pani naukowiec z New England Whale Center przedstawiała nam kolejne wieloryby. Ponieważ przypływają one co roku w te same miejsca, wszystkie mają imiona, są skatalogowane i można je rozpoznać głównie po wzorach na spodzie ogona, kształcie płetw bocznych, a także - niestety - po bliznach, które są pamiątkami po zetknięciu ze statkami i sieciami. Wiek niektórych osobników jest także dość dokładnie określony. Wdzieliśmy Whisk, Firefly, Fern, Ivee, Ampersand, Tornado, Etch-a-Sketch, Teapot, Pepper, Tectonic, Echo i inne, oraz usłyszeliśmy szczegółowe informacje o każdym z tych wielorybów. Centrum prowadzi badania genetyczne (okazuje się, że populacja humbaków z północnego Pacyfiku, którą można oglądać u wybrzeży Kalifornii, nie krzyżuje się zupełnie z populacją północnoatlantycką), dźwiękowe (humbaki to najbardziej "rozmowne" wieloryby, wydające nie tylko infradźwięki, ale też słyszalne dla ludzkiego ucha odgłosy), monitorowanie populacji i badania zachowania tych ssaków. pysk"Fontanny" widoczne, gdy wieloryby wypływają na powierzchnię, aby zaczerpnąc powietrza (młode - częściej, bo ich płuca są mniejsze i mniej wytrenowane do długiego przebywania pod wodą; u dorosłych osobników odstęp między oddechami może być nawet czterdziestominutowy!), to skondensowany wydech, a nie woda! Plaśnięcie ogonem przy nurkowaniu ułatwia zaglębienie się do żerowania przydennego. Wieloryby mogą pochłonąć do 1500 kg pokarmu dziennie! Innym sposobem żerowania jest żerowanie powierzchniowe, gdy wieloryb wytwarza, zanurzając się, pęcherzyki, powodujace wypływanie drobnicy i planktonu na powierzchnię, po czym wynurza się pyskiem do góry w centrum kręgu pęcherzyków, otwiera buzię i czeka (widać wtedy fiszbiny wewnątrz jamy gębowej), po czym zamyka i wypycha na zewnątrz wodę, odfiltrowując rybki i kryla. Przy tej metodzie żerowania pożywią się również ptaki... Właśnie - taka wycieczka jest też dobrą okazją do obserwacji ptaków pelagialu, czyli strefy toni wodnej. Ptaki te można oglądać tylko na otwartym oceanie - na przykład burzyki (petrele) czy nawałniki. Oczywiście obecne są też wszędobylskie mewy. A ze strony Centrum dowiedziałam się, że można zgłosić się na wycieczkę indywidualną, dolaczając do załogi łodzi badawczej. Może w przyszłym roku...
poniedziałek, 07 sierpnia 2006
Amerykanie w Paryżu

W ostatnią niedzielę, znużeni upałem i znudzeni nawet plażowaniem, wpadliśmy na pomysł spędzenia dnia w chłodnych muzealnych salach. Museum of Fine Arts prezentuje czasową wystawę "Americans in Paris, 1860 - 1900", którą mieliśmy w planach na wrzesień, ale... We wrześniu na pewno przecież  znajdzie się inny przyjemny sposób spędzenia czasu.

Kilka sal w galerii Gund wypełniły obrazy amerykańskich malarzy zafascynowanych Paryżem i paryskim życiem artystycznym w końcu XIX wieku (wiadomo - było ono wtedy w rozkwicie). Paryż był dla Amerykanów Mekką, zapisywali się oni do znanych szkół artystycznych, studiowali pod kierunkiem francuskich artystów, próbowali swoich sił w corocznych Salonach, a ci, których mierził skostniały system akademicki, zwracali się ku impresjonizmowi, jak ich francuscy koledzy, generalnie zresztą przejmując ich styl bycia (bardzo "nieamerykański"). Tylko jedna paryska szkoła przyjmowała wtedy kobiety. za bardzo wygórowaną opłatą, mimo to jednak wśród amerykańskich artystów liczba kobiet byla wtedy całkiem duża.  Chlubą wystawy są obrazy użyte do jej reklamowania: "Madame X" Johna Singera Sargenta oraz "Arrangement in Grey and Black, No.1: Portrait of the Artist's Mother" Jamesa McNeilla Whistlera. Inni najsławniejsi malarze amerykańscy tego okresu, np. Mary Cassatt, Winslow Homer, Childe Hassam czy Henry Ossawa Tanner, są również reprezentowani przez liczne dzieła.

Prace są ciekawie pogrupowane - nie według porządku chronologicznego, ani też nie według stylu, lecz kazda sala ma osobny przewodni podtemat: obrazy powstałe w pracowniach, autoportrety w stylu boheme czy flaneura, dzieła pod wpływem artystów francuskich, widoki Paryża, letnie kolonie artystyczne (np, Giverny, siedziba Moneta, mającego niebagatelny wpływ na Sargenta, który co prawda zasłynął jako wybitny portecista, lecz wykorzystywał techniki impresjonistyczne, malował także pejzaże, oraz namalował w Giverny portret Moneta przy sztalugach, który także można podziwiać na tej wystawie). Portrety dzieci i osób z rodziny, malowane przez Mary Cassatt, przykuwają uwagę brakiem idealizacji modeli, których postaci tętnią życiem. Mary Cassatt, zadomowiona w Paryżu, doskonale znająca francuski (wielu Amerykanów decydowało sie na życie we Francji nie znając zupełnie języka!), wielbicielka Degasa, jest zresztą przykładem buntu przeciw Salonowi, który krytykował jej prace jako zbyt udziwnione kolorystycznie (!). 

Zarówno ci, którzy nie znają zbyt dobrze malarstwa amerykańskiego, jak i koneserzy powinni znaleźć tu coś dla siebie. Ciekawy układ wystawy sprawia. że nie jest ona nudna, a przejrzyste, zabawne, wykorzystujace anegdoty z życia artystów opisy wzbogacają ją pod względem poznawczym. Warto też może zwrócić uwagę na rzeźby, których jest zaledwie kilka (dlaczego nie więcej?), lecz są to charakterystyczne przykłady, zgrabnie wkomponowane w całość ekspozycji.Boston jest pierwszym miejscem, gdzie można "Amerykanów w Paryżu" oglądać, ale wystawa będzie pokazywana w innych muzeach, nie tylko w USA. Polecam!

piątek, 04 sierpnia 2006
Krowia parada

 

 

                   

  W czerwcu w Bostonie zaroiło się od krów! Parki, ulice i galerie handlowe wypełniły się tymi kopytnymi, za sprawą Jimmy Fund , organizacji charytatywnej. 

                     

Naturalnej wielkości krowy, pomalowane i wystrojone rozmaicie dzięki współczesnym artystom, można podziwiać do 5 września. Potem nastapi aukcja i krowy znajda wśród swych wielbicieli także właścicieli, ktorych pieniądze zasilą  Jimmy Fund, a tym samym pomogą dzieciom chorym na raka.  Pozostałe krowy będzie można kupić na aukcji internetowej.

                   

wtorek, 11 lipca 2006
katastrofa

Dzis w zapchanym, jak co dzien, do niemozliwosci tunelu Ted Williams na autostradzie I-90 w Bostonie nagle urwala sie i spadla z sufitu wielka, betonowa plyta. Spadla, oczywiscie, na samochod, zabijajac pasazerke, pozostawiajac w szoku jej meza (i mase innych podroznych) oraz powodujac blokade tunelu na dlugie godziny i dajac temat do glownych wiadomosci we wszystkich stacjach radiowych i telewizyjnych. Podstawiono autobusy, dodatkowe pociagi T, niestety nie rozladowujac korka, wykazujac dobre checi i szybka reakcje, ale... co z tego?

Lepiej unikac tuneli. I autostrad. Mapquest pozwala wybrac opcje omijania autostrad...

sobota, 29 kwietnia 2006
Maraton

Maraton Bostoński ma już 110 lat... 17 kwietnia 2006 (Lany Poniedziałek) oglądałam go po raz pierwszy, w tłumie na Boylston Street, tuż przy linii finałowej na Copley Square.

Wygląda na to, że nieźle się trzyma: oprócz tłumu widzów, samych uczestników była bardzo duża grupa (choć podobno mała w porównaniu z latami siedemdziesiątymi, kiedy to bieganie osiagnęło apogeum), wielu przybyło do Bostonu z dalekich stron specjalnie w tym celu i już od dobrego tygodnia było ich widać, jak trenowali na ulicach i w parkach. Jako poważna impreza (największe coroczne wydarzenie sportowe w Nowej Anglii) maraton przyciągnął zarówno zawodników światowej klasy, jak i biegaczy-amatorów w różnym wieku i kondycji fizycznej. Specjalną kategorią byli maratończycy na wózkach, którzy kończą bieg w czasie prawie o jedną czwartą krótszym niż inni, i na mecie byli pierwsi, po nich wbiegły, w kolejności startów, kobiety z kategorii elitarnej, po nich mężczyźni, a potem różnobarwny tłum zawodników, którym udało się ukończyć bieg. Aby otrzymać numer startowy, nawet w kategorii otwartej, trzeba było się zakwalifikować z czasem poniżej trzech godzin i czterdziestu minut (kobiety) lub trzech godzin i dziesięciu minut (mężczyźni). To było jednak nic w porównaniu z czasem, w jakim pokonali trasę najlepsi! Wyniki można obejrzeć tutaj:

http://www.bostonmarathon.org/2006/cf/public/TopFinishers.htm

 Jedną z najciekawszych postaci maratonu jest ojciec, który od siedemnastu lat bierze udział w biegu, pchając wózek swojego syna - teraz stał się już legendą, ale początkowo miał kłopoty formalne z dopuszczeniem go do startu...

W tym roku wśród zawodników był też pisarz Haruki Murakami, którego można często spotkać, jak trenuje, biegając na Memorial Drive wzdłuż rzeki Charles.

Pogoda dopisała, dopiero późnym popołudniem, gdy większość maratończyków można było oglądać, jak zmęczeni, lecz dumni chodzili po ulicach centrum Bostonu, przykryci pelerynkami z folii aluminiowej.