| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze

Be a book trader at BookMooch.com
środa, 07 stycznia 2009
Blue Man Group

To pewnie moja wina, że nie spodobało mi się przedstawienie Blue Man Group. na które wybraliśmy się w zeszłym tygodniu. Miałam bowiem określone oczekiwania, a powinnam była stawić się w teatrze jak tabula rasa, co było jednak kompletnie niemożliwe, zważywszy liczbę reklam, którymi grupa bombarduje potencjalnych widzów z billboardów, radia i telewizji. Miało to być jedyne w swoim rodzaju, przedstawienie, unikalna koncepcja i show łączący hipnotyczne bębny z grą świateł i konceptualnymi innowacjami. Miałam więc nadzieje na widowisko w stylu “dźwięk i światło“, ale bardziej energetyzujące i intelektualnie stymulujące.

Niestety, zawiodłam się srodze. Na pewno członkowie zespołu wiedzą, jak się gra na bębnach. Nie wykorzystali tego jednak jako centralnej części spektaklu, jedynie jako przerywniki między nie łączącymi się w spójną całość fragmentami. A rewolucyjne koncepcje to np. wyrażenie zdziwienia, że ludzie siedzą w kafejkach internetowych obok siebie, lecz jakże osobno, a ich prawdziwe życie na tym cierpi. Tego typu rewelacyjne myśli, które pewnie każdy z nas snuł przed zaśnięciem, wypełniaja przedstawienie I sprawiaja, źe czułam sie jak na wystepie bardzo alternatywnego, ubogiego teatrzyku licealnego. Rozwiązania techniczne typu obsypywania widowni wstęgami papieru toaletowego, pokrywanie wybranego wydza farba na zapleczu, wieszanie go na linie i uderzanie nim o wielką płachtę papieru w celu odwzorowania jego „body image“, czy też imitowanie wymiotów względnie defekacji przez rurkę umieszczoną na mostku również nie pokrywały się z moją wizją oryginalnej rozrywki. Humor był raczej na poziomie suto zakrapianej alkoholem imprezy studenckiej (nie ukrywam, że spora część widowni nieźle się bawiła).

Podobały mi się krótkie urywki spektaklu, na przykład uzycie rur do tworzenia rytmicznej muzyki, i w ogole cześć wykorzystująca rury, oraz oczwiście bębny… Ale niewiele tego było.

Podsumowując, po wyjściu z teatru (obecnie Blue Man Group wystawia swe produkcje w Charles Theatre w bostońskiej dzielnicy teatralnej koło Chinatown – a debiutowali off Broadway) żałowałam, że nie spędziłam inaczej tych dwóch godzin. 

 

wtorek, 06 stycznia 2009
Lodowe posągi noworoczne

W Bostonie tradycyjnie co roku, w Sylwestra, różni artyści budują rzeźby z lodu, które można podziwiać w Nowy Rok i później w parku Boston Common oraz przed kościołem świętej Trójcy na Copley Square. W zeszłym roku całe przedsięwzięcie było raczej nieudane, bo było ciepło i rzeźby w mig stopniały, ale w tym roku było mroźno jak się patrzy, więc w Nowy Rok koło południa wybraliśmy się podziwiać lodowe obrazy. 

niedziela, 08 lipca 2007
Okna od Tiffany'ego
Kościół unitów w Bostonie na Arlington Street (róg Boylston Street, tuż przy wejściu do Ogrodu Publicznego) to miejsce warte zwiedzenia, tym bardziej teraz, gdy nastały upały, a wewnątrz kościoła panuje miły chłód. Kościół ten, jako zgromadzenie, powstał dużo wcześniej, niż obecny budynek, bo w 1729 roku. Początkowo jego członkowie, szkocko-irlandzcy kalwini (prezbiterianie), spotykali się w przerobionej stodole na Long Lane w Bostonie. W 1774 na miejscu stodoły zbudowano prawdziwy kościół, a nazwę ulicy zmieniono na Federal Street. Pierwszym niezależnym pastorem został Jeremy Belknap, liberalny kongregacjonalista, i jego wybór rownał się odejściu zgromadzenia od reguły prezbiteriańskiej. Od 1803 do 1842 pastorem był William Ellery Channing, zwany Ojcem (lub nawet Apostołem) amerykańskiego unitarianizmu. W 1819 r. wygłosił on słynne kazanie (Baltimore Sermon), definiujące nową teologię unicką (choć dopiero jego współpracownik i następca, Ezra Stiles Gannett, formalnie oddzielił zgromadzenie od kongregacjonalistów). Wkład Channinga w myśl teologiczną i moralną epoki jest niemały - dość powiedzieć, że napisał on bardzo ważny, aczkolwiek nieco spóźniony dokument "Slavery", który został narodowym bestsellerem, pomimo, że zraził do autora tę część członków zgromadzenia, która była przeciwna abolicji. Zasłużony więc jest pomnik, który wystawiono mu w 1903, naprzeciwko obecnej siedziby Kościoła, na skraju Ogrodu Publicznego. Wzrost populacji Bostonu spowodował, że ziemia stała się droga i robiło się coraz ciaśniej. Aby temu zaradzić, w latach 1850-60 wysuszono i wypełniono ziemią obszary obecnych dzielnic North End, South End i na końcu Back Bay. Gdy okolice Federal Street stały się siedzibą magazynów i sklepików, zgromadzenie przegłosowało przenosiny na Arlington Street. Było to dość odważne przedsięwzięcie, bo kościół był pierwszym publicznym budynkiem wzniesionym na wysuszonych błotach Back Bay. Postawiono go na 999 słupach stabilizujących konstrukcję w wilgotnym podłożu, a wzniesiono z czerwonobrunatnego piaskowca z New Jersey (bardzo typowego dla Bostonu surowca, który sprawia, że miasto jest dość ciemne, ale nadaje mu zdecydowany charakter). Budowla, zaprojektowana przez Arthura Gilmana, wzorowana jest na kościele St. Martin-in-the-Fields w Londynie. Jej dzwonnica ma 190 stóp, czyli... hmmm... ok. 58 metrow, i wisi w niej 16 dzwonów, zdobnych w cytaty biblijne. Obecnie są to jedne z czterech w Bostonie zestawów dzwonów wprawianych nadal w ruch ręcznie. Wnętrze kościoła, dla odmiany, wzorowane jest na bazylice Annunziata w Genui. Ciekawe są ławki, otoczone ściankami (jak w biurach), chroniacymi wienych przed przeciągami i chłodem. Największą ozdobą i chlubą kościoła są jednak okna. Początkowo wszystkie okna (a jest ich dwadzieścia) były ze zwykłego, przezroczystego szkła. Po prawie czterdziestu latach istnienia kościoła zgromadzenie zwróciło się do Tiffany Studios, firmy założonej przez Louisa Tiffany w latach 90. XIX wieku, ze zleceniem zaprojektowania i wykonania dwudziestu okien witrażowych dla sanktuarium. Wszystkie okna zostały zaprojektowane razem, a wykonane i zainstalowane jedno po drugim, co zajęło następne trzydzieści lat. Szesnaste okno zainstalowano w 1929, w roku krachu giełdowego i początku kryzysu, a że witraże są bardzo drogie, cztery ostatnie okna pozostaly zwykłe do dziś. Witraże firmy Tiffany to prawdziwe dzieła sztuki (mają swoją salę w The Met), Może to dlatego, że Louis Tiffany próbował wcześniej zaistnieć jako artysta malarz? Szkło użyte do ich konstrukcji jest barwione podczas wytwarzania warstwowo, nie jest wiec jednobarwne, ale mieni się, opalizuje, jak macica perłowa w pastelowych kolorach (tym witraże te rożnią się zdecydowanie od witraży w katedrach europejskich, które skomponowane są z kawałków szkła w kolorach podstawowych). Inne efekty sa rownież przewidziane i wykonane przed zakończeniem twardnienia kawałków szkła: fałdy szat postaci są trójwymiarowe (szklane draperie), niektóre kolory są wynikiem nakładania na siebie rożnobarwnych listków szkła wenecką techniką "confetti". W jednym oknie może być aż siedem warstw szkła! Gdy zachodzące słońce prześwietla okna, gra kolorów jest przepiękna... Zdecydowanie polecam!
wtorek, 12 czerwca 2007
Miasto rododendronow

Wszystkie miasta, w ktorych mieszkalam, maja dla mnie swoje charakterystyczne drzewa, ktore dodaja rhodo2swoje trzy grosze atmosferze miasta i nierozerwalnie sie z nim wiaza. Warszawa to wierzby placzace. Londyn- platany. Bazylea - kasztanowce (takze rozowe).

rhodo1I choc wszystkie te drzewa rosna takze w Bostonie, dla mnie najbardziej charakterystyczne nie sa wlasnie one, a krzewy - rododendrony i azalie. Bardzo rozpowszechnione w calej Nowej Anglii, gdzie hoduje sie specjalne odmiany odporne na zimno, w Bostonie w maju kwitna we wszystkich kolorach teczy. Tutaj mala tegoroczna probka...

azalia1azalia2

wtorek, 24 kwietnia 2007
Mount Auburn Cemetery

Pare tygodni temu wybralismy sie do Mount Auburn Cemetery, szukajac jakichkolwiek oznak wiosny. Troche znalezlismy (patrz; zdjecia) , choc niewiele, pozwolilo nam to miec nadzieje, ze wiosna jednak nadejdzie i tutaj.zolte

Dlaczego Mount Auburn Cemetery? Cmentarz? Tak ponuro? Mount Auburn przeczy temu tradycyjnemu wyobrazeniu o cmentarzach (chociaz mozna sobie wyobrazic na nim duchy... zwlaszcza w dolinach z kryptami) Otoz jest to pierwszy w Stanach Zjednoczonych cmentarz- ogrod, powstaly w 1831 r., a wzorowany na Pere-Lachaise. Jest on otwarty dla publicznosci, samochody mozna stawiac wzdluz alej dostepnych dla ruchu zmotoryzowanego, a potem chodzic po sciezkach i zakatkach, jak w zwyklym parku, nie zapominajac jednak o powadze wlasciwej nekropolii.krokus

Mount Auburn Cemetery szczyci sie ciekawa architektura, jest tez wartosciowym arboretum.

Budynki sa wkomponowane w teren, uksztaltowany (czesciowo, a czesciowo naturalny - Mount Auburn powstal na miejscu pieknego lasu, ktory jest w duzym stopniu zachowany) w XIX wieku. Wieksze budynki sa dopasowane charakterem do pomnikow, chociaz reprezentuja rozne style. Najstarsza budowla, Egyptian Revival Gateway, ktora zaprojektowal architekt Jacob Bigelow w 1832 roku (poczatkowo byla z drewna, ale zostala zburzona i zrekonstruowana w 1842 w granicie), to oficjalne wejscie na cmentarz. Dwie kaplice,bazie Bigelow Chapel z lat czterdziestych XIX wieku (styl neogotycki, z witrazami sprowadzonymi z Edynburga) i Story Chapel z ostatniego dziesieciolecia XIX wieku, zaprojektowana przez Williama Searsa, sa pieknie wtopione w krajobraz. Wieza Waszyngtona, wybudowana w latach 1862-1864 na czesc pierwszego prezydenta, zostala rowniez zaprojektowana przez Bigelowa.niebieskie

Na cmentarzu rosnie ponad 5000 drzew w prawie 700 gatunkach i odmianach. Wraz z tysiacami krzewow i roslin zielnych, wytrzymujacych klimat Nowej Anglii, a sprowadzonych ze wszystkich gatunkow swiata, stawami, wzgorzami i laczkami tworzy na 175 akrach unikalne siedlisko dla wielu zwierzat i ptakow. Mnostwo roslin, jak na ogrod botaniczny przystalo, opatrzonych jest tabliczkami z nazwa lacinska i angielska nazwa pospolita. Jest to idealne miejsce do spacerow, relaksu i dla wiecznego odpoczynku. Na cmentarzu lezy wiele wybitnych lokalnych osobistosci z rodzin "Bostonskich Braminow", a takze pisarzy i uczonych (Longfellow, Lowell, Holmes - wymienieni przeze mnie w poprzednim poscie poeci; Winslow Homer, malarz; pisarz Bernard Malamud; czy Isabella Stuart Gardner, ktorej unikalna kolekcje sztuki mozna podziwiac w bostonskim muzeum jej imienia). 

 

 

poniedziałek, 19 lutego 2007
Kiedy koniec zimy?
We wtorek, na Walentynki, spadlo pierwszy raz tej zimy mnostwo sniegu, ktory utrzymuje sie do dzisiaj. To juz trzecia zima w Bostonie, kiedy widze na wlasne oczy, ze najwiecej sniegu jest wlasnie w lutym (choc w tym roku jest go szczegolnie malo, w porownaniu z ostatnimi dwiema zimami). Na szczescie przyszly tydzien ma juz byc cieplejszy - tesknie za wiosna...
wtorek, 03 października 2006
Dzielnice - South End
Moja ulubiona dzielnica Bostonu, South End, leży zaledwie parę kroków na południe od prestiżowej Back Bay, a troszkę dalej na południowy zachód od Downtown. W każdym razie - można do niej dotrzeć spacerkiem ze wszystkich centralnych punktów miasta w parę minut. I do spacerów także swietnie się nadaje, bo oprócz dużych, tłocznych i gwarnych ulic (Tremont Street, Columbus Avenue, Washington Street, duża część Massachusetts Avenue) ma sieć małych uliczek zabudowanych starymi, wiktoriańskimi kamienicami, gdzie można zawsze znaleźć coś ciekawego, oraz urocze skwerki (podobno parków South End ma aż trzydzieści), gdzie można przysiąść w cieniu drzew. Aż trudno uwierzyć, że do niedawna była to dzielnica ciesząca się nie najlepszą sławą (jak przyległe do niej od południa i zachodu South Boston i Roxbury).  Z jakiegoś powodu mniej więcej dziesięć lat temu zaczęła ona przyciągać młodych, aktywnych zawodowo ludzi oraz liberalne towarzystwo artystów i barwne środowisko homoseksualne. Zbudowano sporo kondominiów (często są to tzw. lofty, czyli zaadaptowane budynki fabryczne z mieszkaniami na planie otwartym). Powstało mnóstwo małych restauracyjek, idealnych na niedzielny brunch (my szczególnie lubimy Francesca's Café, Claire i 647 Tremont, gdzie cała obsługa paraduje w piżamach i zachęca do tego stroju także klientów; największą mekką restauracyjną jest Tremont Street, zwana Restaurant Row, ale Washington Street w zasadzie jej nie ustępuje), barów kanapkowych (tutaj zdecydowanie polecam Flour na Washington Street, założony przez absolwentkę matematyki na Harvardzie: najlepsze kanapki, zupy, ciastka - wszystko swieżutkie i w oryginalnych połączeniach smakowych), oraz restauracji na wieczorne wyjscie (tutaj ciekawa jest wenezuelska, zawsze tłoczna Orinoco Kitchen), punktów usługowych (mój ulubiony fryzjer, Pure, na Tremont Street!), antykwariatów, sklepików z czymkolwiek w zasadzie i całkiem odjechanych miejsc (np. zakład masażu holistycznego dla psow) Uff... Rozpędziłam się z tą wyliczanką, a przecież mieszczą się tam jednak też całkiem poważne instytucje, na przykład Boston Ballet, Boston University Medical Center czy Boston Center for the Arts.  Historycznie (South End ma tytuł "Boston Historic Landmark") dzielnica ta początkowo (w XIX wieku) była zamieszkana przez przedstawicieli klasy średniej, jednak ubożała szybko i w XX wieku było to już skupisko czarnej biedoty. Miało to swoje dobre strony -do lat 50. ubiegłego stulecia to tutaj skupiały sie bostońskie kluby jazzowe. Do lat 70. jednak piękne kamienice niszczały, bo większość z nich była wynajmowana przez mieszkających gdzieś indziej właścicieli i nie odnawiana. Mimo to, bohema, której nie przeszkadzała opinia, a przyciagała bliskość centrum i ceny, zaczęła wykupywać domy i dzięki temu South End zyskał niepowtarzalną atmosferę, ktorą szczyci się dzisiaj. Nie wiadomo, jak długo, bo ceny domów i mieszkań idą w górę, a artyści zaczynają się wyprowadzać z powodu postepującej gentryfikacji dzielnicy; szkoda, bo pewnie zamieni się ona w drugą Back Bay (lubię snobizm Back Bay w pewnej dawce, ale druga taka sama dzielnica w miejscu South End byłaby nieznośna...)