| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
O autorze

Be a book trader at BookMooch.com
środa, 14 czerwca 2006
Wakacje


Anton Thomas

W piątek odbyło się zakończenie roku akademickiego  oraz wręczenie dyplomów. Zupełnie inne i dużo bardziej uroczyste od tego z moich wspomnień na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie wszystkie lata kończyły się po prostu sesją (albo, hmmm, wyjazdem na zajęcia terenowe), a po obronie dyplomu i gratulacjach od komisji swiętowałam w domu. Tutaj studenci wkładają togi i birety (nakrycia głowy są szczególnie wyszukane), próby uroczystości odbywają się przez całe tygodnie, przyjeżdżają absolwenci i jest ich tylu, że ogłaszają spotkania rocznikami, a po campusie jeżdżą specjalnie na ten cel przygotowanymi autobusami. Miło - jakoś wyobrażam sobie, że ten dzień na długo pozostaje w pamięci absolwentów,  którzy po czterech latach ciężkiej pracy są tak uhonorowani. Nie bez znaczenia jest pewnie fakt, że ich składki w przyszłości będą zasilać budżet uczelni...

Na MIT zorganizowana została parada po Massachusetts Avenue w Cambridge oraz mnóstwo bardziej lub mniej oficjalnych imprez sportowych, obiadów, spotkań i przemowień. 

No, a teraz, mimo, że już od paru tygodni, odkąd skończyły się zajęcia, było wokół pustawo, nadeszły prawdziwe wakacje! Chociaż nie dla wszystkich, ponieważ  wielu studentów bierze tutaj udział w letnich zajęciach organizowanych zresztą na wszystkich uniwersytetach. Niezły sposób na zaliczenie obowiązkowych przedmiotów i szybsze zakończenie studiów...

                                              Commencement on Killian Court

(zdjęcia z serwisu MIT)


niedziela, 04 czerwca 2006
Skąd się wziął dzisiejszy bostoński styl życia? cz. II

Cd.

Dla odmiany, niektorzy purytanie, zwłaszcza wśród pierwszych osadników, uważali (interpretując doktrynę korzystnie dla siebie), że jeśli udało im się, broniąc swojej wiary, dotrzeć do wybrzeży nowego lądu i tam się zadomowić bez tragedii, to właśnie znaczy, że są oni tymi wybranymi. To przeświadczenie dawało im siły do pracy, energię i utwierdzało w wierze? Przydało się ono pierwszym pielgrzymom, gdy ich statek, Mayflower, zawinął do portu na Cape Cod w listopadzie 1620 roku i ujrzeli nagie, piaszczyste wydmy, gdzie musieli przeżyć, mając bardzo ograniczone zapasy, a w perspektywie srogą w Nowej Anglii zimę (opisy ich desperacji znajdują się w "Historii Plantacji Plymouth" autorstwa Williama Bradforda, ich przywódcy). Nowa Anglia była krainą dla wybranych nie dlatego, że była faworyzowana przez Boga sama w sobie (nic na to nie wskazywało w jej odstręczającym wtedy, na pierwszy rzut oka, krajobrazie i klimacie), ale dlatego, że została przez niego wybrana na dom dla ludu wybranego, czyli pielgrzymów.

Takie, wydawać by się mogło, wspaniałe przeświadczenie o własnej wyjątkowości było potrzebne, aby dać tym wyjatkowym ludziom wolę przetrwania w nowych, nieznanych warunkach, a co więcej stworzenia w tej dziczy cywilizacji (jak widać, są to podwaliny trwałej, amerykańskiej filozofii życiowej, trwającej do dziś). Początkowo nawet podkreślane były raczej obowiązki wynikające z faktu bycia tymi wybranymi. Przywileje były mniej oczywiste, z czasem jednak proporcje się odwróciły - gdy warunki, dzięki pracy poprzednich pokoleń, stawały się coraz lepsze, a presja mniejsza, obowiązki były mniej oczywiste, a poczucie wyjątkowości pozostało. Przekonanie o stworzeniu do innych celów i innej, lepszej przyszłości niż reszta śmiertelników jest bardzo widoczne i przewija się bezustannie w amerykańskiej literaturze, gdzie jest wykorzystywane (wdzięczny temat, prawda?) na różnorakie sposoby, widać je w "Kapitanie Ahabie" Melville'a, w "Pieśni o sobie" Whitmana, a zupełnie inaczej potraktowane jest w budowie postaci Isabelle Archer w "Portrecie Damy" Jamesa. To poczucie bezpośredniego, osobistego związku z Bogiem pozwala spojrzeć na próżność na przykład pod zupełnie innym, niż konwencjonalny, kątem.

Oczywiście (i niestety) siła woli nie jest najmocniejszą stroną Homo sapiens jako gatunku; nie inaczej było tutaj - nie mogła ona podtrzymywać zbyt długo tak intensywnej, mistycznej doktryny religijnej, która w dodatku była wyjątkowo subiektywna. Doszło do nieuchronnego kryzysu, w którym pierwszorzędną rolę odegrały procesy czarownic w Salem (wtedy, w 1692 roku, dość daleko na północ; teraz można miasteczko Salem w zasadzie nazwać przedmieściem Bostonu). Palenie czarownic odbywało się najczęściej nie na podstawie jakichkolwiek obiektywnych dowodów (jakich?), a właśnie subiektywnego przeświadczenia o nieomylności wybranych (znamy, znamy z Europy). Kryzys ten doprowadził na początku XVIII wieku do stopniowego podziału purytanizmu w Nowej Anglii na frakcje ortodoksyjną i liberalną. Ta pierwsza, reprezentowana przez Jonathana Edwardsa i Wielkie Przebudzenie, kontynuowała coraz dalej drogę w kierunku mistyki, bedąc ewangelicznym, szerzącym się głównie na prowincji ruchem z częstymi, spektakularnymi i gwałtownymi nawróceniami grzeszników. Trend liberalny, który rozwinął się w unitarianizm (nadal zresztą dość licznie reprezentowany w okolicy, sądząc po liczbie kościołów tego wyznania) był raczej bostońską opozycją do tego, co działo się we wschodnim Massachusetts.

Bo Boston stał się miastem zamożnym i wyrafinowanym, którego powodzenie materialne i kulturalne zależało w dużej mierze od handlu transatlantyckiego z Europą, a religijność okazywana w sposób prowincjonalny raziła. Dlatego Boston powoli zdystansował się od nurtu ortodoksyjnego purytanizmu i zdefiniowane zostały racjonalne zasady nowej postawy religijnej (czy to nie przeczyło idei religii? Dla niektórych, jak się okazuje, nie do końca, choć był to wielki krok ku sekularyzacji i początek współczesnych poglądów, uważanych za sedno amerykańskiego stylu życia). Miejsce ortodoksyjnego, tradycyjnego, uduchowionego mistycyzmu zajeły obiektywne zasady etyczne. Krótko mówiąc, zbawienie zależało od dobrego prowadzenia sią w zyciu doczesnym, nie od samej wiary czy uczucia jej objawienia, ale od rzetelnej pracy i dobrych uczynków, czyli cnoty w rozumieniu szerokim. Jak widać, dość szybko zmieniło się wiele. Moim zdaniem na lepsze, a przynajmniej przynoszące lepsze efekty; w początkach XIX wieku wszystkie (oprócz jednej) kongregacje oraz Harvard Divinity School stały się unitariańskie; Boston rozwinął religijne społeczeństwo, które było praktyczne i trzeźwo myślące, acz pozbawione religijnego ferworu i uczuciowej dynamiki, a także konkretnej doktryny religijnej. Wykształciła się też liczna klasa średnia o zupełnie nowych potrzebach.

Cdn.
sobota, 03 czerwca 2006
Skąd się wziął dzisiejszy bostoński styl życia?

Boston jest historycznie miastem purytan, którymi byli przecież jego oryginalni mieszkańcy, pielgrzymi przybyli do Massachusetts Bay w XVII wieku. Z tego powodu jego kultura była zawsze nierozerwalnie związana z religią i jej zmianami w historii miasta, przechodząc przed Wojną Secesyjną trzy fazy, z których każda stworzyła swoją własną literaturę i mitologię.

Pierwsza, purytańska faza trwała od założenia miasta około roku 1630 mniej więcej do połowy osiemnastego wieku. Po niej nastąpił okres mniej intensywnego, bardziej liberalnego purytanizmu, który z biegiem osiemnastego stulecia przeobraził się w Unitarianizm, kładący nacisk na wyrabianie cnoty, lecz niemal kompletnie pozbawiony doktryny. Unitarianizm z kolei rozwinął się w bardzo ożywiony duchowo (prawie tak, jak purytanizm) ruch, lecz jednoczesnie, jak Unitarianizm, bez doktryny, zwany transcendentalizmem. Ta faza osiągnęła apogeum w latach 40. i 50. XIX wieku.

Doktryną purytańską, która miała największy wpływ na kulturę, była teoria o predestynacji i wybrańcach Boga, z grubsza głosząca, że konsekwencją grzechu pierworodnego jest skazanie ludzkości na piekło, brak możliwości odkupienia, jednak Bóg w swoim miłosierdziu wyznaczył pewne osoby (wybranych właśnie), które zostaną zbawione i nie podlegają tej generalnej klątwie. Wybór boski nie podlega zmianie, więc nie można w ciągu ziemskiego życia zrobić nic, co uchroniłoby od piekła. Trudność przedstawiało dowiedzenie się, czy należy się do wybranych, czy nie (no, bo warto w końcu wiedzieć, czy jest sens robić cokolwiek sensownego na tym padole i potem wspominać w niebie swoje dobre uczynki, czy można już teraz pogrążyć się w rozpuście, bo i tak nie ma dla nas ratunku). Najpewniejszym na to sposobem bylo przeżyć moment objawienia, nagłą iluminację, rozwiewającą wszelkie wątpliwości i potwierdzającą rez na zawsze, że jesteśmy wybrani (komplikowały to fałszywe objawienia, dość podobno częste). Należało więc bezustannie prowadzić dialog z Bogiem, być jak najbliżej niego, co powodowało mękę izolacji, samoudręczenia, niepewność i ciągłą kontrolę zakamarków własnej duszy, widoczne w tematyce np. Hawthorne`a czy Emily Dickinson.

Cdn.

(głównie za R. D. Gooderem, wstęp do "Bostończyków" Jamesa, wyd. Oxford World Classics).
sobota, 27 maja 2006
hackers

Jedna z lżejszych i dobrych na wiosnę tradycji MIT to złośliwe figle (zwane "pranks" albo "hacks"), które bractwa i inne organizacje studenckie płatają bractwom z innych uczelni. W tym roku wiosna została zainaugurowana tuż po przerwie wiosennej pojawieniem się 6 kwietnia na dziedzińcu przed Green Building... armaty ukradzionej z Caltech, która stale stoi przed Fleming House w Pasadenie. Przewiezienie ciężkiego działa z czasów wojny secesyjnej kosztowało wiele wysiłku i było planowane od grudnia, kiedy to grupa studentow i pracownikow MIT (większość z nich wolała pozostać anonimowa) postanowiła zorganizować ten, jakże miły, żarcik. Jedyne, o czym żartownisie zapomnieli, to pozostawienie zwyczajowej notki z wyjaśnieniem, kto dokonał tego wspaniałego wyczynu. Brak zawiadomienia spowodował małe zamieszanie: Caltech powiadomił policje o kradzieży działa...

 Armata prezentowała się pięknie. Przyozdobiona została (to też musiało być zawczasu zorganizowane!) pozłacanym sygnetem z symbolem MIT - szczurem (który mnie bardziej przypomina bobra, ale to kwestia indywidualnych wyobrażeń, jak sądzę), Niestety, nie można było podziwiać jej długo - już po czterech dniach pojawili się przedstawiciele Caltechu, zabierajac ją z powrotem.

 Dokuczanie innym uczelniom nie jest jedyną domeną dowcipnisiów z MIT, potrafią oni równie dobrze śmiać się z samych siebie...




sobota, 29 kwietnia 2006
Maraton

Maraton Bostoński ma już 110 lat... 17 kwietnia 2006 (Lany Poniedziałek) oglądałam go po raz pierwszy, w tłumie na Boylston Street, tuż przy linii finałowej na Copley Square.

Wygląda na to, że nieźle się trzyma: oprócz tłumu widzów, samych uczestników była bardzo duża grupa (choć podobno mała w porównaniu z latami siedemdziesiątymi, kiedy to bieganie osiagnęło apogeum), wielu przybyło do Bostonu z dalekich stron specjalnie w tym celu i już od dobrego tygodnia było ich widać, jak trenowali na ulicach i w parkach. Jako poważna impreza (największe coroczne wydarzenie sportowe w Nowej Anglii) maraton przyciągnął zarówno zawodników światowej klasy, jak i biegaczy-amatorów w różnym wieku i kondycji fizycznej. Specjalną kategorią byli maratończycy na wózkach, którzy kończą bieg w czasie prawie o jedną czwartą krótszym niż inni, i na mecie byli pierwsi, po nich wbiegły, w kolejności startów, kobiety z kategorii elitarnej, po nich mężczyźni, a potem różnobarwny tłum zawodników, którym udało się ukończyć bieg. Aby otrzymać numer startowy, nawet w kategorii otwartej, trzeba było się zakwalifikować z czasem poniżej trzech godzin i czterdziestu minut (kobiety) lub trzech godzin i dziesięciu minut (mężczyźni). To było jednak nic w porównaniu z czasem, w jakim pokonali trasę najlepsi! Wyniki można obejrzeć tutaj:

http://www.bostonmarathon.org/2006/cf/public/TopFinishers.htm

 Jedną z najciekawszych postaci maratonu jest ojciec, który od siedemnastu lat bierze udział w biegu, pchając wózek swojego syna - teraz stał się już legendą, ale początkowo miał kłopoty formalne z dopuszczeniem go do startu...

W tym roku wśród zawodników był też pisarz Haruki Murakami, którego można często spotkać, jak trenuje, biegając na Memorial Drive wzdłuż rzeki Charles.

Pogoda dopisała, dopiero późnym popołudniem, gdy większość maratończyków można było oglądać, jak zmęczeni, lecz dumni chodzili po ulicach centrum Bostonu, przykryci pelerynkami z folii aluminiowej.

wtorek, 11 kwietnia 2006
Zaczynamy
Juz trzy miesiące życia bostońskiego, duzo szybszego i ciekawszego od przedmieść na Long Island, czasem aż nie wiadomo, co robić, tyle można wybrać, tyle jest miejsc do obejrzenia, wydarzeń, nowych znajomych. 
Blog nie będzie miał charakteru osobistych zapisków, nastawiam się raczej na bostońskie opowiastki, migawki, wrażenia, czasem ilustrowane zdjęciami.
Zapraszam! 
1 , 2 , 3