| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
O autorze

Be a book trader at BookMooch.com
czwartek, 22 marca 2007
Klub Dantego


Odkładałam "Klub Dantego" Matthew Pearla przez długi czas na później, głównie ze względu na wiele porownań do produkcji Dana Browna. Niedawno jednak wypożyczyłam tę powieść w lokalnej bibliotece i muszę przyznać, że miło mnie zaskoczyła. Przeczytałam całość w jeden weekend, praktycznie bez przerwy, tak mnie wciagnęła. "Klub Dantego" to burzliwa historia pierwszego amerykańskiego tłumaczenia "Boskiej Komedii" Dantego przez nie byle kogo - grupę sławnych poetow i akademików: tłumaczami są Henry Wadsworth Longfellow, James Lowell i Oliver Wendell Holmes, Sr. Wraz z wydawcą, Fieldsem, nadają sobie nieformalną nazwę "Klubu Dantego". Rzecz dzieje się w Bostonie i jego okolicach w latach 60. XIX wieku. Publikacji tłumaczenia przeciwni są członkowie zarządu Harvardu (głównie - bostońskie grube ryby, a na pewno purytanie, uważający"Boską Komedię" za dzieło szatana), gdzie wykładaja Lowell i Holmes. Czy zarząd może posunąć się dalej, niż do czczych pogróżek? Dziwnym zbiegiem okoliczności (a przynajmniej tak się początkowo wydaje), pogróżki te nasilają się właśnie wtedy, gdy bostońska policja zaczyna wykrywać dziwacznie zaaranżowane morderstwa wybitnych osobistości. Ze względu na niecodzienne okoliczności śmierci, wszystkim zależy na utrzymaniu tych morderstw w tajemnicy, a policja wręcz je tuszuje i ukrywa. Tylko inteligentny, przenikliwy Nicholas Rey, pierwszy czarnoskóry policjant w USA, nie zamierza ustąpić i kontynuuje śledztwo, które doprowadza go do Klubu Dantego... Powieść Matthew Pearla zupełnie nie przypomina mi niczego, co wyszło spod pióra Dana Browna. Na szczęście. Zupełnie inny, niewymuszony styl pisania, dogłębna znajomość tematu (Pearl sam jest znawcą Dantego i redaktorem najnowszej edycji "Boskiej Komedii" w tłumaczeniu Longfellowa i spółki) i kompletny brak zadufania typowego dla Browna sprawiają, że książkę czyta się z przyjemnością, mimo oczywistej schematyczności, która jest jednak chyba nieuchronna w prozie tego typu. Porownałabym ją raczej do nowojorskich powieści kryminalnych Caleba Carra. Portrety poetów są rewelacyjne (może dlatego tak sądzę, że, jako cudzoziemka, niewiele o nich, poza paroma utworami, wiedziałam), podobały mi się wplecione od niechcenia, jak szczypta soli, anegdotyczne wiadomości (np. fakt, że to Holmes nadał nazwę "anestezja" procesowi, wprowadzonemu do użytku po raz pierwszy na Harvardzie). Fakty, które byłam w stanie sprawdzić (np.niesamowite okoliczności smierci Fanny Longfellow) były zgodne z prawdą, a fikcyjne cechy charakteru bohaterów spowodowały, że poczułam do nich sympatię (moimi faworytami byli Lowell i Holmes). Dodatkowo wielkim plusem książki było dla mnie osadzenie jej w Bostonie i Cambridge, czyli okolicach, gdzie obecnie żyję, więc mogłam wyobrazić sobie znane mi ulice i miejsca 150 lat temu. Życie uniwersyteckie, również moja codzienność, jest opisane z niesamowitą precyzją i (czasem gorzką) ironią - i jakże podobne do współczesnego... Tło jest bardzo dokładnie przestudiowane, w zasadzie powieść nie ma wad, które przeszkadzałyby zanurzyć się w nią bez umiaru. Jedyną sprawą, do której można się przyczepić, są dialogi, wydają mi się nieco sztuczne i wysilone - tutaj może widać jeszcze brak wprawy debiutanta. Ogólnie jednak, jest to udany debiut. Polecam jako świetną rozrywkę z pewną dawką wiedzy.
poniedziałek, 19 lutego 2007
Kiedy koniec zimy?
We wtorek, na Walentynki, spadlo pierwszy raz tej zimy mnostwo sniegu, ktory utrzymuje sie do dzisiaj. To juz trzecia zima w Bostonie, kiedy widze na wlasne oczy, ze najwiecej sniegu jest wlasnie w lutym (choc w tym roku jest go szczegolnie malo, w porownaniu z ostatnimi dwiema zimami). Na szczescie przyszly tydzien ma juz byc cieplejszy - tesknie za wiosna...
sobota, 25 listopada 2006
Po święcie Dziękczynienia

 

 

To święto, które jednoczy przy rodzinnych stołach, przy nadziewanym indyku, żurawinowym sosie, słodkich ziemniakach i placku z dyni wszystkich, jak Ameryka długa i szeroka, niezależnie od wyznania, rasy i narodowości, to swięto, spędzane w domu, gdy na zewnątrz wszystkie liscie opadły już z drzew (hmmm... może nie jak Ameryka długa i szeroka), a rodzina siedzi przy ogniu wesoło trzaskającym w kominku, jest wyjątkowo przyjemne i łatwe do zaakceptowania, nawet dla świeżych imigrantow.  święto Dziękczynienia w Nowej Anglii wydaje się mieć większą wagę niż gdziekolwiek indziej, tutaj przecież się narodziło i tutaj, w 1621 roku, w Plymouth, Massachusetts, po raz pierwszy zjedzono swiątecznego indyka.

Ale, czy aby na pewno był to indyk? Dwa jedyne źródła różnią się w tej kwestii. List, który Edward Winslow, jeden z pielgrzymów, napisał 11 grudnia tegoż roku (włączony potem do jego dziennika "Journal of the Pilgrims at Plymouth"), nie mówi nic o indykach, a tylko o "ptactwie" i pięciu sarnach. Dzikie indyki zauważyło co prawda w okolicy wielu przybyszy (przy okazji - my widzieliśmy dotychczas dopiero jednego, daleko na północ w lasach White Mountains), a Winslow nigdy o nich nie pisze, za to opisuje jedzenie "tłustych żurawi", co jest oczywistą pomyłką, bo żurawi, ptaków wędrownych, praktycznie nie ma tutaj tak późną jesienią, poza tym rzadko bywają one tłuste. Prawdopodobne jest, że Winslow wziął indyka za żurawia i rowniez prawdopodobne, że indyk jednak był jednym z dań pierwszego święta Dziękczynienia. William Bradford, gubernator kolonii, w swojej Historii pisze o indykach, ale pisze też o trzydniowym pikniku dla stu pięćdziesięciu osób, który w rzeczywistości raczej nie mógł się odbyć w końcu listopada w zimnej, wietrznej pogodzie Nowej Anglii. Poza tym, pisał on to świadectwo niemal dwadzieścia lat później, niekoniecznie pamietając wszystkie szczegóły. 

Tak czy inaczej - jeśli indyk pojawił się na stołach w listopadzie 1621 roku, był to dziki indyk, zupełnie inny od tego udomowionego w Europie ptaka, którego kupujemy dzisiaj w supermarkecie, oskubanego, wybebeszonego, często zamrożonego i z czerwonym termometrem wbitym w udo, aby przyrządzić kolację. Trochę to ironiczne. Miejmy jednak nadzieję, że kolacja smakuje co najmniej tak samo, jak głodnym pielgrzymom. Niezależnie od tego, za co i komu tak naprawde dziękujemy. A wczoraj, gdy już napisałam ten tekst, wybraliśmy się znowu w gory (a raczej pagórki - Barnett Mountain) i spotkaliśmy cale stadko - chyba sześć - dzikich indyków w lesie. Wyglądały zupełnie tak, jak na obrazku. Miłe ukoronowanie święta, indyk nie tylko na stole.

niedziela, 12 listopada 2006
eksperymentalnie

Kto lepiej, niż szkoła inżynierska, mógłby zadbać o środowisko? MIT może się pochwalić sporą liczbą nowatorskich rozwiązań, które mają przy okazji rzeczywisty, pozytywny wpływ na otoczenie. Nie będę pisać o sprawach tak oczywistych jak segregacja śmieci, szczegółowe zalecenia dotyczące toksycznych i radioaktywnych odpadów itd., skupię się tylko na dwóch  ciekawych metodach tutaj zastosowanych. 

Dostępność wody jako palący problem środowiskowy pojawiła się masowo w mediach stosunkowo niedawno, za to intensywność , z jaką problem ten jest podkreślany, rośnie w postępie logarytmicznym. Wiadomo, że wiele stosowanych obecnie rozwiązań technologicznych (tamy, odsalanie wody morskiej) ma mnóstwo minusów (środowiskowych oraz finansowych).  Nieszkodliwym i tanim rozwiązaniem, które z jakiegoś powodu jest (co wydawałoby się dziwne, ale trzeba pamiętać, że nawadnianie nie jest prestiżowe ani nie przyniosi sławy) stosunkowo rzadko stosowane w praktyce, jest odzyskiwanie deszczówki. W budynku Stata Center (który jest architektonicznym dziwadłem, ale podobno jest bardzo praktyczny i pełen rewelacyjnych pomysłów; niektórym się nawet podoba) woda we wszystkich toaletach pochodzi właśnie z deszczu - za budynkiem jest sztuczne suche koryto rzeczne, wypełnione żwirem, które zbiera wodę podczas deszczu. Woda przechodzi potem przez system filtrów do podziemnych zbiorników, gdzie jest przechowywana i skąd dociera do łazienek w Stata Center. Koryto to jest przy okazji ładne, pełne pięknie posadzonych roślin, kwitnących po kolei przez większą część roku, których głównym celem jest zapewnienie optymalnego poziomu biofiltracji: oczyszczają one wodę z oleju, benzyny i innych tłuszczy oraz zawiesin stałych. Są tam szuwary, wierzby płaczące, rododendrony... Całość wygląda wyjątkowo romantycznie, aż trudno uwierzyć, że jednocześnie ma bardzo przyziemne, praktyczne zastosowanie. 

Innym ciekawym pomysłem wypróbowywanym na MIT jest bioreaktor z jednokomórkowych glonów, zainstalowany na dachu elektrowni i wytwarzający biomasę w procesie fotosyntezy, wykorzystując produkowany przez elektrownię dwutlenek węgla. To pomysł byłego postdoca z wydziału Inżynierii Chemicznej, obecnie założyciela i szefa firmy GreenFuel Technologies Corp., Isaaca Berzina (przy okazji, na MIT jest wyjątkowe parcie do biotechu, olbrzymia większość grup współpracuje z firmami , a doktoranci w procencie chyba sporo wyższym niż na innych uczelniach decydują się na karierę przemysłową). Glony, odporne organizmy, które są w stanie żyć w różnych warunkach, od Antarktydy, po gorące źródła, do zasolonych jezior, zostały wraz z wodą wprowadzone do szkanych rur w trzydziestu trzymetrowych, trójkątnych strukturach na dachu budynku generatora. Glony te podobno w słoneczne dni są w stanie zaabsorbować ponad 80% wytwarzanego w  generatorze dwutlenku węgla, a w dni deszczowe - ok. 50% (pytanie, co dzieje się z dwutlenkiem węgla, który same glony, jak inne rośliny, wytwarzaja netto w procesie oddychania i w nocy nie zużywaja?). Dodatkowo, glony rozkładają także szkodliwe tlenki azotu (składniki smogu) do azotu i tlenu oraz, podwajając swoją masę co kilka godzin, mogą być zbierane i przechowywane, po czym używane jako biopaliwo? Idylla (teoretyczna i eksperymentalna; faza praktyczna, czyli używanie glonów w rolnictwie i w przemyśle, co jest celem tego przedsięwzięcia, w praktyce dopiero się rozpoczyna).

środa, 08 listopada 2006
Wybory

Nowym gubernatorem Massachusetts został Deval Patrick - demokrata, pochodzący z Chicago, wykształcony w Massachusetts (Milton College i Harvard) prawnik. Jest on również drugim w historii USA Afroamerykaninem na tym stanowisku (pierwszy był gubernator Virginii w latach 1990-1994, Douglas Wilder, obecnie mer Richmond, VA), mimo, że podkreslał w kampanii, iż problemy rasowe nie są istotne dla jego programu.Demokraci świętują w całym kraju, bo po dziesięciu latach zdobyli większość w Izbie Reprezentantów. Czy udało im się mieć większość także w Senacie, okaże się wkrótce, bo nie wpłynęły jeszcze wyniki z dwóch stanów.

9 listopada: Tak, demokraci mają większość i w Senacie.

wtorek, 03 października 2006
Dzielnice - South End
Moja ulubiona dzielnica Bostonu, South End, leży zaledwie parę kroków na południe od prestiżowej Back Bay, a troszkę dalej na południowy zachód od Downtown. W każdym razie - można do niej dotrzeć spacerkiem ze wszystkich centralnych punktów miasta w parę minut. I do spacerów także swietnie się nadaje, bo oprócz dużych, tłocznych i gwarnych ulic (Tremont Street, Columbus Avenue, Washington Street, duża część Massachusetts Avenue) ma sieć małych uliczek zabudowanych starymi, wiktoriańskimi kamienicami, gdzie można zawsze znaleźć coś ciekawego, oraz urocze skwerki (podobno parków South End ma aż trzydzieści), gdzie można przysiąść w cieniu drzew. Aż trudno uwierzyć, że do niedawna była to dzielnica ciesząca się nie najlepszą sławą (jak przyległe do niej od południa i zachodu South Boston i Roxbury).  Z jakiegoś powodu mniej więcej dziesięć lat temu zaczęła ona przyciągać młodych, aktywnych zawodowo ludzi oraz liberalne towarzystwo artystów i barwne środowisko homoseksualne. Zbudowano sporo kondominiów (często są to tzw. lofty, czyli zaadaptowane budynki fabryczne z mieszkaniami na planie otwartym). Powstało mnóstwo małych restauracyjek, idealnych na niedzielny brunch (my szczególnie lubimy Francesca's Café, Claire i 647 Tremont, gdzie cała obsługa paraduje w piżamach i zachęca do tego stroju także klientów; największą mekką restauracyjną jest Tremont Street, zwana Restaurant Row, ale Washington Street w zasadzie jej nie ustępuje), barów kanapkowych (tutaj zdecydowanie polecam Flour na Washington Street, założony przez absolwentkę matematyki na Harvardzie: najlepsze kanapki, zupy, ciastka - wszystko swieżutkie i w oryginalnych połączeniach smakowych), oraz restauracji na wieczorne wyjscie (tutaj ciekawa jest wenezuelska, zawsze tłoczna Orinoco Kitchen), punktów usługowych (mój ulubiony fryzjer, Pure, na Tremont Street!), antykwariatów, sklepików z czymkolwiek w zasadzie i całkiem odjechanych miejsc (np. zakład masażu holistycznego dla psow) Uff... Rozpędziłam się z tą wyliczanką, a przecież mieszczą się tam jednak też całkiem poważne instytucje, na przykład Boston Ballet, Boston University Medical Center czy Boston Center for the Arts.  Historycznie (South End ma tytuł "Boston Historic Landmark") dzielnica ta początkowo (w XIX wieku) była zamieszkana przez przedstawicieli klasy średniej, jednak ubożała szybko i w XX wieku było to już skupisko czarnej biedoty. Miało to swoje dobre strony -do lat 50. ubiegłego stulecia to tutaj skupiały sie bostońskie kluby jazzowe. Do lat 70. jednak piękne kamienice niszczały, bo większość z nich była wynajmowana przez mieszkających gdzieś indziej właścicieli i nie odnawiana. Mimo to, bohema, której nie przeszkadzała opinia, a przyciagała bliskość centrum i ceny, zaczęła wykupywać domy i dzięki temu South End zyskał niepowtarzalną atmosferę, ktorą szczyci się dzisiaj. Nie wiadomo, jak długo, bo ceny domów i mieszkań idą w górę, a artyści zaczynają się wyprowadzać z powodu postepującej gentryfikacji dzielnicy; szkoda, bo pewnie zamieni się ona w drugą Back Bay (lubię snobizm Back Bay w pewnej dawce, ale druga taka sama dzielnica w miejscu South End byłaby nieznośna...)
wtorek, 22 sierpnia 2006
Bezkrwawe łowy, czyli współczesne statki wielorybnicze
Sezon na wieloryby trwa!Teraz właśnie warto wybrać się na Whale Watching, wycieczkę statkiem organizowaną w celu oglądania wielorybów. W Bostonie i okolicy jest takich wycieczek zatrzęsienie, jest w czym wybierać. My zdecydowaliśmy się na wycieczkę organizowaną przez Seven Seas z Gloucester - około godziny na północ od Bostonu. Głównie dlatego, że współpracują oni z The New England Whale Center, naukowym instytutem zajmującym się wylącznie wielorybami. Wycieczki są pół-dniowe, czyli w praktyce trwają około czterech godzin. ogonZ Gloucester albo z innego miejsca na Cape Ann można oglądać wieloryby, płynac statkiem na jedną z dwóch pobliskich płycizn (Stellwagen Bank albo Jeffrey's Ledge), które są idealnymi miejscami do żerowania tych ssaków. W tym roku jest tam dużo ryb ławicowych (np. śledzi) i planktonu, które wieloryby lubią, więc samych wielorybów też jest wiele. Na jesieni przepływają one na południe, aby na Karaibach rozmnażać się (prawie zupełnie nie przyjmując więcej pokarmu) i wrócić w następnym roku z potomstwem. Dopisała zarówno pogoda, jak i wieloryby. Widzieliśmy ponad dwadzieścia humbaków, na ogół w grupach po trzy (matka, młode i asysta), kilka finwali i minke whales (opisy poszczególnych gatunków są na stronie NYWC, zresztą strona ta obfituje w rzetelne wiadomości o wielorybach). Niestety, nie było delfinów, za to kilka fok upodobało sobie nasz statek i ciekawie ogladało wycieczkowiczów. Komentująca pani naukowiec z New England Whale Center przedstawiała nam kolejne wieloryby. Ponieważ przypływają one co roku w te same miejsca, wszystkie mają imiona, są skatalogowane i można je rozpoznać głównie po wzorach na spodzie ogona, kształcie płetw bocznych, a także - niestety - po bliznach, które są pamiątkami po zetknięciu ze statkami i sieciami. Wiek niektórych osobników jest także dość dokładnie określony. Wdzieliśmy Whisk, Firefly, Fern, Ivee, Ampersand, Tornado, Etch-a-Sketch, Teapot, Pepper, Tectonic, Echo i inne, oraz usłyszeliśmy szczegółowe informacje o każdym z tych wielorybów. Centrum prowadzi badania genetyczne (okazuje się, że populacja humbaków z północnego Pacyfiku, którą można oglądać u wybrzeży Kalifornii, nie krzyżuje się zupełnie z populacją północnoatlantycką), dźwiękowe (humbaki to najbardziej "rozmowne" wieloryby, wydające nie tylko infradźwięki, ale też słyszalne dla ludzkiego ucha odgłosy), monitorowanie populacji i badania zachowania tych ssaków. pysk"Fontanny" widoczne, gdy wieloryby wypływają na powierzchnię, aby zaczerpnąc powietrza (młode - częściej, bo ich płuca są mniejsze i mniej wytrenowane do długiego przebywania pod wodą; u dorosłych osobników odstęp między oddechami może być nawet czterdziestominutowy!), to skondensowany wydech, a nie woda! Plaśnięcie ogonem przy nurkowaniu ułatwia zaglębienie się do żerowania przydennego. Wieloryby mogą pochłonąć do 1500 kg pokarmu dziennie! Innym sposobem żerowania jest żerowanie powierzchniowe, gdy wieloryb wytwarza, zanurzając się, pęcherzyki, powodujace wypływanie drobnicy i planktonu na powierzchnię, po czym wynurza się pyskiem do góry w centrum kręgu pęcherzyków, otwiera buzię i czeka (widać wtedy fiszbiny wewnątrz jamy gębowej), po czym zamyka i wypycha na zewnątrz wodę, odfiltrowując rybki i kryla. Przy tej metodzie żerowania pożywią się również ptaki... Właśnie - taka wycieczka jest też dobrą okazją do obserwacji ptaków pelagialu, czyli strefy toni wodnej. Ptaki te można oglądać tylko na otwartym oceanie - na przykład burzyki (petrele) czy nawałniki. Oczywiście obecne są też wszędobylskie mewy. A ze strony Centrum dowiedziałam się, że można zgłosić się na wycieczkę indywidualną, dolaczając do załogi łodzi badawczej. Może w przyszłym roku...
poniedziałek, 07 sierpnia 2006
Amerykanie w Paryżu

W ostatnią niedzielę, znużeni upałem i znudzeni nawet plażowaniem, wpadliśmy na pomysł spędzenia dnia w chłodnych muzealnych salach. Museum of Fine Arts prezentuje czasową wystawę "Americans in Paris, 1860 - 1900", którą mieliśmy w planach na wrzesień, ale... We wrześniu na pewno przecież  znajdzie się inny przyjemny sposób spędzenia czasu.

Kilka sal w galerii Gund wypełniły obrazy amerykańskich malarzy zafascynowanych Paryżem i paryskim życiem artystycznym w końcu XIX wieku (wiadomo - było ono wtedy w rozkwicie). Paryż był dla Amerykanów Mekką, zapisywali się oni do znanych szkół artystycznych, studiowali pod kierunkiem francuskich artystów, próbowali swoich sił w corocznych Salonach, a ci, których mierził skostniały system akademicki, zwracali się ku impresjonizmowi, jak ich francuscy koledzy, generalnie zresztą przejmując ich styl bycia (bardzo "nieamerykański"). Tylko jedna paryska szkoła przyjmowała wtedy kobiety. za bardzo wygórowaną opłatą, mimo to jednak wśród amerykańskich artystów liczba kobiet byla wtedy całkiem duża.  Chlubą wystawy są obrazy użyte do jej reklamowania: "Madame X" Johna Singera Sargenta oraz "Arrangement in Grey and Black, No.1: Portrait of the Artist's Mother" Jamesa McNeilla Whistlera. Inni najsławniejsi malarze amerykańscy tego okresu, np. Mary Cassatt, Winslow Homer, Childe Hassam czy Henry Ossawa Tanner, są również reprezentowani przez liczne dzieła.

Prace są ciekawie pogrupowane - nie według porządku chronologicznego, ani też nie według stylu, lecz kazda sala ma osobny przewodni podtemat: obrazy powstałe w pracowniach, autoportrety w stylu boheme czy flaneura, dzieła pod wpływem artystów francuskich, widoki Paryża, letnie kolonie artystyczne (np, Giverny, siedziba Moneta, mającego niebagatelny wpływ na Sargenta, który co prawda zasłynął jako wybitny portecista, lecz wykorzystywał techniki impresjonistyczne, malował także pejzaże, oraz namalował w Giverny portret Moneta przy sztalugach, który także można podziwiać na tej wystawie). Portrety dzieci i osób z rodziny, malowane przez Mary Cassatt, przykuwają uwagę brakiem idealizacji modeli, których postaci tętnią życiem. Mary Cassatt, zadomowiona w Paryżu, doskonale znająca francuski (wielu Amerykanów decydowało sie na życie we Francji nie znając zupełnie języka!), wielbicielka Degasa, jest zresztą przykładem buntu przeciw Salonowi, który krytykował jej prace jako zbyt udziwnione kolorystycznie (!). 

Zarówno ci, którzy nie znają zbyt dobrze malarstwa amerykańskiego, jak i koneserzy powinni znaleźć tu coś dla siebie. Ciekawy układ wystawy sprawia. że nie jest ona nudna, a przejrzyste, zabawne, wykorzystujace anegdoty z życia artystów opisy wzbogacają ją pod względem poznawczym. Warto też może zwrócić uwagę na rzeźby, których jest zaledwie kilka (dlaczego nie więcej?), lecz są to charakterystyczne przykłady, zgrabnie wkomponowane w całość ekspozycji.Boston jest pierwszym miejscem, gdzie można "Amerykanów w Paryżu" oglądać, ale wystawa będzie pokazywana w innych muzeach, nie tylko w USA. Polecam!

piątek, 04 sierpnia 2006
Krowia parada

 

 

                   

  W czerwcu w Bostonie zaroiło się od krów! Parki, ulice i galerie handlowe wypełniły się tymi kopytnymi, za sprawą Jimmy Fund , organizacji charytatywnej. 

                     

Naturalnej wielkości krowy, pomalowane i wystrojone rozmaicie dzięki współczesnym artystom, można podziwiać do 5 września. Potem nastapi aukcja i krowy znajda wśród swych wielbicieli także właścicieli, ktorych pieniądze zasilą  Jimmy Fund, a tym samym pomogą dzieciom chorym na raka.  Pozostałe krowy będzie można kupić na aukcji internetowej.

                   

wtorek, 11 lipca 2006
katastrofa

Dzis w zapchanym, jak co dzien, do niemozliwosci tunelu Ted Williams na autostradzie I-90 w Bostonie nagle urwala sie i spadla z sufitu wielka, betonowa plyta. Spadla, oczywiscie, na samochod, zabijajac pasazerke, pozostawiajac w szoku jej meza (i mase innych podroznych) oraz powodujac blokade tunelu na dlugie godziny i dajac temat do glownych wiadomosci we wszystkich stacjach radiowych i telewizyjnych. Podstawiono autobusy, dodatkowe pociagi T, niestety nie rozladowujac korka, wykazujac dobre checi i szybka reakcje, ale... co z tego?

Lepiej unikac tuneli. I autostrad. Mapquest pozwala wybrac opcje omijania autostrad...