| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze

Be a book trader at BookMooch.com
środa, 07 stycznia 2009
Blue Man Group

To pewnie moja wina, że nie spodobało mi się przedstawienie Blue Man Group. na które wybraliśmy się w zeszłym tygodniu. Miałam bowiem określone oczekiwania, a powinnam była stawić się w teatrze jak tabula rasa, co było jednak kompletnie niemożliwe, zważywszy liczbę reklam, którymi grupa bombarduje potencjalnych widzów z billboardów, radia i telewizji. Miało to być jedyne w swoim rodzaju, przedstawienie, unikalna koncepcja i show łączący hipnotyczne bębny z grą świateł i konceptualnymi innowacjami. Miałam więc nadzieje na widowisko w stylu “dźwięk i światło“, ale bardziej energetyzujące i intelektualnie stymulujące.

Niestety, zawiodłam się srodze. Na pewno członkowie zespołu wiedzą, jak się gra na bębnach. Nie wykorzystali tego jednak jako centralnej części spektaklu, jedynie jako przerywniki między nie łączącymi się w spójną całość fragmentami. A rewolucyjne koncepcje to np. wyrażenie zdziwienia, że ludzie siedzą w kafejkach internetowych obok siebie, lecz jakże osobno, a ich prawdziwe życie na tym cierpi. Tego typu rewelacyjne myśli, które pewnie każdy z nas snuł przed zaśnięciem, wypełniaja przedstawienie I sprawiaja, źe czułam sie jak na wystepie bardzo alternatywnego, ubogiego teatrzyku licealnego. Rozwiązania techniczne typu obsypywania widowni wstęgami papieru toaletowego, pokrywanie wybranego wydza farba na zapleczu, wieszanie go na linie i uderzanie nim o wielką płachtę papieru w celu odwzorowania jego „body image“, czy też imitowanie wymiotów względnie defekacji przez rurkę umieszczoną na mostku również nie pokrywały się z moją wizją oryginalnej rozrywki. Humor był raczej na poziomie suto zakrapianej alkoholem imprezy studenckiej (nie ukrywam, że spora część widowni nieźle się bawiła).

Podobały mi się krótkie urywki spektaklu, na przykład uzycie rur do tworzenia rytmicznej muzyki, i w ogole cześć wykorzystująca rury, oraz oczwiście bębny… Ale niewiele tego było.

Podsumowując, po wyjściu z teatru (obecnie Blue Man Group wystawia swe produkcje w Charles Theatre w bostońskiej dzielnicy teatralnej koło Chinatown – a debiutowali off Broadway) żałowałam, że nie spędziłam inaczej tych dwóch godzin. 

 

wtorek, 06 stycznia 2009
Lodowe posągi noworoczne

W Bostonie tradycyjnie co roku, w Sylwestra, różni artyści budują rzeźby z lodu, które można podziwiać w Nowy Rok i później w parku Boston Common oraz przed kościołem świętej Trójcy na Copley Square. W zeszłym roku całe przedsięwzięcie było raczej nieudane, bo było ciepło i rzeźby w mig stopniały, ale w tym roku było mroźno jak się patrzy, więc w Nowy Rok koło południa wybraliśmy się podziwiać lodowe obrazy. 

sobota, 06 grudnia 2008
Rzeka Tajemnic - Dennis Lehane

 

mystic river

Tym razem obiektem recenzji są znany pisarz z Bostonu, Dennis Lehane, autor kryminałów, oraz jego bardzo znana książka, „Mystic River“, z 2001, w Polsce wydana pod tytułem „Rzeka tajemnic“, gdzie tło społeczne jest lepsze niż akcja, ale akcja też jest doskonała.

Miejscem akcji „Rzeki“ jest zmyślone przedmieście Bostonu o nazwie East Buckingham (autor twierdzi, że jest ono zlepkiem Dorchester, Charlestown i Bostonu Południowego; mnie najbardziej przypomina Dorchester, chociaż rzeczywista rzeka Mystic nie przepływa tamtędy), zamieszkane głównie przez białych robotników. Różnorakich zbrodni tam dostatek…

Pierwsza część książki, która stanowi podstawę i klucz objaśniający późniejsze wydarzenia, dzieje się w roku 1975, kiedy to jeden z trójki jedenastolatków bawiących się na ulicy zostaje porwany przez dwóch mężczyzn w samochodzie pachnącym jabłkami. Chociaż po czterech dniach chłopiec wraca, życie jego i jego kolegów zmienia się na zawsze. Wkrotce ich drogi się rozchodzą. Dave (ten, który został uprowadzony) prowadzi ciche, spokojne życie z żoną i synkiem, często wspominajac swoje szkolne sukcesy sportowe. Jimmy, najwiekszy chuligan z całej trójki, po odsiedzeniu wyroku ustatkowuje się – jest właścicielem sklepu, ma dziewiętnastoletnią córkę z pierwszego małżeństwa, drugą żonę i dwie młodsze córeczki. Ostatni z grupy, Sean, ukończył studia i został policjantem w swojej dzielnicy.

 

Kiedy ciało ślicznej córki Jimmy’ego, Katie, zostaje znalezione w parku, a Dave tej samej nocy wraca do domu zbroczony krwią, Sean zostaje wyznaczony do prowadzenia śledztwa. Wiele tropów prowadzi do rożnych osób, a sprawa okazuje się skomplikowana. Równolegle, Jimmy, zniecierpliwiony powolnością Seana, rozpoczyna poszukiwania mordercy na własną rękę.

 

Wartka, trzymająca w napięciu do końca akcja, psychologiczne szczegółyi i głębokie zakorzenienie powieści w lokalnym społeczeństwie gwarantują dobrą lekturę. Postacie są ciekawymi ludźmi z krwi i kości, zwłaszcza Jimmy i Sean, najważniejsi w fabule. Ich trauma po uprowadzeniu Dave’a miała niezaprzeczalny wpływ na ich dalsze losy – w bardzo rożny sposób. Są skomplikowanymi, wielowarstwowymi osobowościami, bardzo dobrze opisanymi – powieść jest raczej studium charakterów, niż typowym kryminałem. Niektorzy bohaterowie drugoplanowi to raczej typy niż indywidualności (np. Bobby, Roman, bracia Savage, sierżant Whitey), ale to bardzo dobre typy. Przeczytałam „Rzekę“ z zaciekawieniem od poczatku do końca, jest ona świetną rozrywką, ale także czymś więcej. Film y roku 2003, w którym Sean Penn gra rolę Jimmy’ego, jest równie wart polecenia.

 

Niedawno wyszła nowa książka Dennisa Lehane - „The Given Day“, takze dziejąca się w Bostonie. Już ostrzę sobie na nią zęby…

 

 

 

 

czwartek, 04 grudnia 2008
Nieuporządkowane myśli o wyborach i nowym prezydencie

Ucieszyliśmy się z wyboru Obamy. 

Jako bierna obserwatorka drugich już wyborów prezydenckich, mogłam tylko wygłaszać opinie lub słuchać opinii innych (a znajomych mam bardzo zaangażowanych politycznie!).

W Massachusetts wynik wyborów był oczywisty (ten stan głosuje zawsze tak samo), więc i uczestniczenie w wyborach miało mniejsze znaczenie. Dlatego wielu moich znajomych z pracy, doktorantów i postdoków, zdecydowało się głosować korespondencyjnie w stanach, gdzie jest ich dom rodzinny. Zwłaszcza w stanach, gdzie wyniki są niespodzianką ("swing states"), miało to znaczenie. Dość ciekawy manewr.

A teraz prezydent-elekt Barack Obama kończy wybierać swój rząd. Już rozumiem, dlaczego Hillary Clinton nie jest wiceprezydentem - stanowisko Sekretarza Stanu jest chyba dużo ciekawsze i bardziej widoczne (patrz Condoleezza Rice).

Nie ukrywam, że wiażę duże nadzieje z tą zmianą polityki. Zobaczymy, jak to będzie w rzeczywistości wyglądało - np. na wiosnę.
czwartek, 27 listopada 2008
Na obrzeżach nauki

Nowy serial telewizji Fox, „Fringe“, zasługuje bez wątpienia na notkę w tym, karygodnie zaniedbanym (jak najszybciej postaram sie napisać coś o wyborach prezydenckich, bo trzeba), blogu. Łatwo zgadnąć, że powodem jest Boston, który jest głównym miejscem akcji i świetnie się sprawdza w tej roli. I bardzo dobrze można go poznać w czasie oglądania, bo różne miejsca, gdzie toczy się akcja, są bardzo wyraźnie... podpisane.

Producentem serialu jest J. J. Abrams, który robi sobie przerwę od „Lost“, tym razem tworząc coś na pograniczu fantastyki naukowej i kryminału, co powinno odpowiadać wielbicielom „Archiwum X“ i „Milenium“ (chociaż ja twierdzę, że „Milenium“ nic nie dorówna). Odcinki zwykle rozpoczyna zagadka kryminalna, która szybko okazuje się nierozwiązywalna zwykłymi, chociaż przecież bardzo zaawansowanymi, metodami policyjnymi. Główną bohaterką jest Olivia Dunham (gra ją wyglądająca jak elf z „Władcy Pierścieni“ Anna Torv), agentka FBI, wplątana w sieć tajemniczych wydarzeń dzięki swojej nadzwyczajnej spostrzegawczości. Nie jest ona ani sceptykiem (jak Scully) ani zwolenniczką tłumaczenia dziwnych zjawisk pozaziemskimi wpływami (jak Mulder). Jest po prostu zdolną agentką, która chce dobrze wykonywać swoja pracę. Komplikuje to nieco fakt. ze w odcinku-pilocie ginie jej kochanek, również agent, John Scott, który w dodatku okazuje się być odpowiedzialny za śmierć wszystkich pasażerów samolotu pasażerskiego, od której to tragedii rozpoczyna sie serial (Fox emituje go od września). Nawiasem mówiąc, z tegoż pilota dowiedziałam się, że lotnisko Logan w Bostonie jest jedynym, które ma technologię pozwalającą bezpiecznie sprowadzić na ziemię samolot bez udziału czlowieka, wyłącznie na autopilocie…

 

Wracając do filmu – Olivia potrzebuje pomocy naukowej, rekrutuje więc Waltera Bishopa, od siedemnastu lat przebywającego w zakładzie dla umysłowo chorych. Walter (John Noble), szalony naukowiec, który w latach świetności pracował nad najbardziej zaawansowanymi projektami dla rządu, zostaje zwolniony ze szpitala, bo jego syn, Peter (Joshua Jackson) ma być gwarantem bezpieczeństwa. Dostają oni laboratorium w Harvardzie (fajnie, co?). Okazuje się, że Walter jest w stanie wytłumaczyć naukowo niemal każdy tajemniczy wypadek, co więcej, nad większością czynników sprawczych już kiedyś pracował. To on odgrywa tu rolę sceptyka-materialisty.

 

Każdy odcinek to odrębna zagadka, ale z wydarzeń wyłania sie Wzór, dotarcie do którego sedna jest celem przewodnim FBI we „Fringe“. Dotychczasowe odcinki były intrygujące, jak w „Archiwum X“, na ogół pozostawiają pole dla wyobrazni, pomimo, że oferują czastkowe rozwiazania problemów. Wielka tajemnica jednak caly czas istnieje… Jaka jest rola korporacji Massive Dynamics we Wzorze? Kim jest bezwłosy osobnik o dziwnych upodobaniach kulinarnych, zwany Obserwatorem, pojawiajacy się w każdym odcinku?

Serdecznie polecam, ostrzegając jednocześnie, że poziom absurdu jest wysoki. Pierwsza seria przeszła test oglądalności, więc można mieć nadzieję na więcej. A tutaj oficjalna strona: http://www.fox.com/fringe/
środa, 09 kwietnia 2008
Pulitzer :-)

http://web.mit.edu/newsoffice/2008/diaz-pulitzer-0407.html

niedziela, 08 lipca 2007
Okna od Tiffany'ego
Kościół unitów w Bostonie na Arlington Street (róg Boylston Street, tuż przy wejściu do Ogrodu Publicznego) to miejsce warte zwiedzenia, tym bardziej teraz, gdy nastały upały, a wewnątrz kościoła panuje miły chłód. Kościół ten, jako zgromadzenie, powstał dużo wcześniej, niż obecny budynek, bo w 1729 roku. Początkowo jego członkowie, szkocko-irlandzcy kalwini (prezbiterianie), spotykali się w przerobionej stodole na Long Lane w Bostonie. W 1774 na miejscu stodoły zbudowano prawdziwy kościół, a nazwę ulicy zmieniono na Federal Street. Pierwszym niezależnym pastorem został Jeremy Belknap, liberalny kongregacjonalista, i jego wybór rownał się odejściu zgromadzenia od reguły prezbiteriańskiej. Od 1803 do 1842 pastorem był William Ellery Channing, zwany Ojcem (lub nawet Apostołem) amerykańskiego unitarianizmu. W 1819 r. wygłosił on słynne kazanie (Baltimore Sermon), definiujące nową teologię unicką (choć dopiero jego współpracownik i następca, Ezra Stiles Gannett, formalnie oddzielił zgromadzenie od kongregacjonalistów). Wkład Channinga w myśl teologiczną i moralną epoki jest niemały - dość powiedzieć, że napisał on bardzo ważny, aczkolwiek nieco spóźniony dokument "Slavery", który został narodowym bestsellerem, pomimo, że zraził do autora tę część członków zgromadzenia, która była przeciwna abolicji. Zasłużony więc jest pomnik, który wystawiono mu w 1903, naprzeciwko obecnej siedziby Kościoła, na skraju Ogrodu Publicznego. Wzrost populacji Bostonu spowodował, że ziemia stała się droga i robiło się coraz ciaśniej. Aby temu zaradzić, w latach 1850-60 wysuszono i wypełniono ziemią obszary obecnych dzielnic North End, South End i na końcu Back Bay. Gdy okolice Federal Street stały się siedzibą magazynów i sklepików, zgromadzenie przegłosowało przenosiny na Arlington Street. Było to dość odważne przedsięwzięcie, bo kościół był pierwszym publicznym budynkiem wzniesionym na wysuszonych błotach Back Bay. Postawiono go na 999 słupach stabilizujących konstrukcję w wilgotnym podłożu, a wzniesiono z czerwonobrunatnego piaskowca z New Jersey (bardzo typowego dla Bostonu surowca, który sprawia, że miasto jest dość ciemne, ale nadaje mu zdecydowany charakter). Budowla, zaprojektowana przez Arthura Gilmana, wzorowana jest na kościele St. Martin-in-the-Fields w Londynie. Jej dzwonnica ma 190 stóp, czyli... hmmm... ok. 58 metrow, i wisi w niej 16 dzwonów, zdobnych w cytaty biblijne. Obecnie są to jedne z czterech w Bostonie zestawów dzwonów wprawianych nadal w ruch ręcznie. Wnętrze kościoła, dla odmiany, wzorowane jest na bazylice Annunziata w Genui. Ciekawe są ławki, otoczone ściankami (jak w biurach), chroniacymi wienych przed przeciągami i chłodem. Największą ozdobą i chlubą kościoła są jednak okna. Początkowo wszystkie okna (a jest ich dwadzieścia) były ze zwykłego, przezroczystego szkła. Po prawie czterdziestu latach istnienia kościoła zgromadzenie zwróciło się do Tiffany Studios, firmy założonej przez Louisa Tiffany w latach 90. XIX wieku, ze zleceniem zaprojektowania i wykonania dwudziestu okien witrażowych dla sanktuarium. Wszystkie okna zostały zaprojektowane razem, a wykonane i zainstalowane jedno po drugim, co zajęło następne trzydzieści lat. Szesnaste okno zainstalowano w 1929, w roku krachu giełdowego i początku kryzysu, a że witraże są bardzo drogie, cztery ostatnie okna pozostaly zwykłe do dziś. Witraże firmy Tiffany to prawdziwe dzieła sztuki (mają swoją salę w The Met), Może to dlatego, że Louis Tiffany próbował wcześniej zaistnieć jako artysta malarz? Szkło użyte do ich konstrukcji jest barwione podczas wytwarzania warstwowo, nie jest wiec jednobarwne, ale mieni się, opalizuje, jak macica perłowa w pastelowych kolorach (tym witraże te rożnią się zdecydowanie od witraży w katedrach europejskich, które skomponowane są z kawałków szkła w kolorach podstawowych). Inne efekty sa rownież przewidziane i wykonane przed zakończeniem twardnienia kawałków szkła: fałdy szat postaci są trójwymiarowe (szklane draperie), niektóre kolory są wynikiem nakładania na siebie rożnobarwnych listków szkła wenecką techniką "confetti". W jednym oknie może być aż siedem warstw szkła! Gdy zachodzące słońce prześwietla okna, gra kolorów jest przepiękna... Zdecydowanie polecam!
wtorek, 12 czerwca 2007
Miasto rododendronow

Wszystkie miasta, w ktorych mieszkalam, maja dla mnie swoje charakterystyczne drzewa, ktore dodaja rhodo2swoje trzy grosze atmosferze miasta i nierozerwalnie sie z nim wiaza. Warszawa to wierzby placzace. Londyn- platany. Bazylea - kasztanowce (takze rozowe).

rhodo1I choc wszystkie te drzewa rosna takze w Bostonie, dla mnie najbardziej charakterystyczne nie sa wlasnie one, a krzewy - rododendrony i azalie. Bardzo rozpowszechnione w calej Nowej Anglii, gdzie hoduje sie specjalne odmiany odporne na zimno, w Bostonie w maju kwitna we wszystkich kolorach teczy. Tutaj mala tegoroczna probka...

azalia1azalia2

środa, 23 maja 2007
Koncerty

Ostatnio byliśmy na dwóch koncertach… na MIT. Grali studenci, absolwenci i ludzie związani z MIT, uczelnia bowiem promuje wszechstronność, i to tę w poważnym wydaniu. Nie, że student, bądź co bądź, uczelni technicznej, ma hobby: tańczy sobie w dyskotece czy robi na drutach. Zainteresowania są profesjonalne, a studenci są doskonali w tym, co robią.

Przykład: Bogdan Fedeles, doktorant Wydziału Inżynierii Biologicznej, który wkrótce się broni, oprócz tego jest redaktorem The Tech, jednej z gazet MIT (o wydawnictwach MIT napiszę kiedyś osobno, bo nie są to żadne szkolne gazetki, ale naprawdę niezłe pisma z ciekawymi wywiadami i artykułami obok wiadomości krajowych, miejskich i campusowych) i aktywnym członkiem Rady Wydziału. Otrzymał on stypendium Emersona, które pozwala mu doskonalić się jako pianiście na poziomie konserwatorium (studiuje w New England Conservatory) i to właśnie jego solowy koncert (coroczne, obowiązkowe podsumowanie pracy stypendysty) był pierwszym, na który nas zaproszono. Jakość naprawdę świetna! A grał niełatwe utwory romantyków. Generalnie (tak na marginesie), zauważyłam, że wszyscy Rumuni, których poznaję (poza granicami Rumunii) to ludzie o niebanalnych zainteresowaniach i to rozwijanych bardzo intensywnie – żadnej powierzchownej znajomości tematów. Ciekawe, czy wszyscy Rumuni tacy są, czy ci najciekawsi wyjeżdżają z kraju?


Drugi koncert to składanka wykonywana przez członków Towarzystwa Muzyki Kameralnej MIT (tak, tak!) – trio z pianistą (Bogdanem, oczywiście) i dwa kwartety smyczkowe. Świetna porcja dobrze wykonanej muzyki, przyjemnośc dla ucha, blisko z pracy… Czego chcieć wiecej.

wtorek, 24 kwietnia 2007
Mount Auburn Cemetery

Pare tygodni temu wybralismy sie do Mount Auburn Cemetery, szukajac jakichkolwiek oznak wiosny. Troche znalezlismy (patrz; zdjecia) , choc niewiele, pozwolilo nam to miec nadzieje, ze wiosna jednak nadejdzie i tutaj.zolte

Dlaczego Mount Auburn Cemetery? Cmentarz? Tak ponuro? Mount Auburn przeczy temu tradycyjnemu wyobrazeniu o cmentarzach (chociaz mozna sobie wyobrazic na nim duchy... zwlaszcza w dolinach z kryptami) Otoz jest to pierwszy w Stanach Zjednoczonych cmentarz- ogrod, powstaly w 1831 r., a wzorowany na Pere-Lachaise. Jest on otwarty dla publicznosci, samochody mozna stawiac wzdluz alej dostepnych dla ruchu zmotoryzowanego, a potem chodzic po sciezkach i zakatkach, jak w zwyklym parku, nie zapominajac jednak o powadze wlasciwej nekropolii.krokus

Mount Auburn Cemetery szczyci sie ciekawa architektura, jest tez wartosciowym arboretum.

Budynki sa wkomponowane w teren, uksztaltowany (czesciowo, a czesciowo naturalny - Mount Auburn powstal na miejscu pieknego lasu, ktory jest w duzym stopniu zachowany) w XIX wieku. Wieksze budynki sa dopasowane charakterem do pomnikow, chociaz reprezentuja rozne style. Najstarsza budowla, Egyptian Revival Gateway, ktora zaprojektowal architekt Jacob Bigelow w 1832 roku (poczatkowo byla z drewna, ale zostala zburzona i zrekonstruowana w 1842 w granicie), to oficjalne wejscie na cmentarz. Dwie kaplice,bazie Bigelow Chapel z lat czterdziestych XIX wieku (styl neogotycki, z witrazami sprowadzonymi z Edynburga) i Story Chapel z ostatniego dziesieciolecia XIX wieku, zaprojektowana przez Williama Searsa, sa pieknie wtopione w krajobraz. Wieza Waszyngtona, wybudowana w latach 1862-1864 na czesc pierwszego prezydenta, zostala rowniez zaprojektowana przez Bigelowa.niebieskie

Na cmentarzu rosnie ponad 5000 drzew w prawie 700 gatunkach i odmianach. Wraz z tysiacami krzewow i roslin zielnych, wytrzymujacych klimat Nowej Anglii, a sprowadzonych ze wszystkich gatunkow swiata, stawami, wzgorzami i laczkami tworzy na 175 akrach unikalne siedlisko dla wielu zwierzat i ptakow. Mnostwo roslin, jak na ogrod botaniczny przystalo, opatrzonych jest tabliczkami z nazwa lacinska i angielska nazwa pospolita. Jest to idealne miejsce do spacerow, relaksu i dla wiecznego odpoczynku. Na cmentarzu lezy wiele wybitnych lokalnych osobistosci z rodzin "Bostonskich Braminow", a takze pisarzy i uczonych (Longfellow, Lowell, Holmes - wymienieni przeze mnie w poprzednim poscie poeci; Winslow Homer, malarz; pisarz Bernard Malamud; czy Isabella Stuart Gardner, ktorej unikalna kolekcje sztuki mozna podziwiac w bostonskim muzeum jej imienia). 

 

 

 
1 , 2 , 3